duża rodzina

duża rodzina

forum dla rodzin wielodzietnych i sympatyków
duża rodzina
Obecny czas: 19 Sie 2018, 15:24

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 82 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: 10 Gru 2007, 02:10 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
A dziś opowiem wam bajkę.
O zajączku.
Jak wiecie, zajączki mają słuchy. Ale nie mają słuchu. Ani głosu.
Jednak nasz zajączek chyba o tym nie wiedział.
Stał przed lasem i śpiewał sobie głośno i wesoło!

Podszedł doń wilk i powiedział krótko:
- Stul pysk!
- Co wilku, czyżby mój śpiew ci się nie podobał? - spytał zajączek.
- Stul pysk, powtarzam!
- No to chodź w te krzaki!

Poszli, zakotłowało się, rozległ się pisk i skowyt, po chwili ucichło.
Z krzaków wyszedł zając. Otrzepał się - i znowu zaczął śpiewać.

Przyszła sarna.
- Litości zajęcze! Nie dość, że śpiewasz zbyt głośno i ciszę leśną zakłócasz, to fałszujesz waść niemiłosiernie! Słuchać tego nie można.
- Nie podoba się? No to chodź w krzaki.

Poszli, znów zakotłowało się, rozległ się pisk i skowyt, i po chwili ucichło.
Z krzaków wyszedł zając, wzruszył ramionami - i znowu zaczął śpiewać.

Tym razem nie wytrzymał lis.
- Hej zającu! ostrzegam, że jeśli natychmiast się nie uciszysz, zabiorę cię na deser dla małych lisiątek.
- Grozisz mi? No to chodź w krzaki.

Poszli, znów zakotłowało się, rozległy się piski i skowyt, i po chwili ucichło.
Z krzaków wyszedł zając, trochę spięty ale uśmiechnięty - i znowu zaczął śpiewać.

Przyskoczył doń ryś.
- Uszy mi rozbolały od twego wrzasku a dusza od twoich fałszów, kreaturo!
Jak się nie zamkniesz, to zaraz pazurami udzielę ci lekcji solfeżu!
- Grozisz mi? No to chodź w krzaki.

Poszli, znów zakotłowało się, rozległ się pisk i skowyt, i po chwili ucichło.
Z krzaków wyszedł zając - i znowu zaczął śpiewać.
Śpiewa i śpiewa.

Tymczasem na zwierzęta w lesie padł blady strach. Pochowały się w zaroślach, próbowały zatykać uszy kłaczkami mchu, chować głowy pod górą zeschłych liści, oddalić się na bezpieczną odległość.
Niestety, zając nie cichł, a głos jego brzmiał coraz chrapliwiej, coraz bardziej fałszywie, coraz bardziej nie do zniesienia.
Nikt jednak nie protestował.

Po dłuższej chwili z krzaków wyszedł wielki, wypasiony niedźwiedź,
i spytał lekko znudzonym , pełnym pretensji głosem:
- Co, nie ma już nikogo, komu nie podobałby się śpiew mego doktoranta?


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 10 Gru 2007, 18:05 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
:lol: :lol:
bo nie liczy sie temat, tylko promotor;)))
znam, znam;))))))

dzisiaj było na wesoło:)

ale ujął mnie także bardzo wołacz zajęcze:))

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 10 Gru 2007, 21:41 
Offline
epikurejka w rozpaczy
Awatar użytkownika

Dołączenie: 16 Cze 2007, 11:46
Posty: 6145
Miejscowość: Tychy
:lol: :lol: :lol:


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 14 Gru 2007, 16:55 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Czy rzeczywiście KAŻDY ma za sobą jakieś przeżycie, którego nie potrafi racjonalnie wytłumaczyć?

Mój ojciec nigdy nie wierzył w żadne duchy, wyśmiewał się bezlitośnie z naszych strachów; był z tych, co to potrafią iść o północy na cmentarz.
A jednak...
Często opowiadał o dziwnym zdarzeniu.

Jako młody chłopak chodził na tzw. kawalerkę, czyli do dziewczyny w sąsiedniej wsi. Wracał zwykle głęboką nocą, z grubym kijaszkiem w reku, dla odganiania bezpańskich psów.

Więc raz sobie tak wraca, dookoła głęboka cisza. Nagle bardziej wyczuł niż usłyszał, że ktoś go goni. Obejrzał się - pies.
Niby zwyczajny - duży, czarny wilczur - ale jakoś dziwny. Miał dziwne, błyszczące oczy.
Wcale nie szczekał, wcale nie zamierzał ojca zaatakować. Tylko się dziwnie przyglądał.
Ojciec był z tych w gorącej wodzie kąpanych i natychmiast zamachnął się na zwierzaka.
Ale nie trafił. Pies sprytnie się uchylił.
Ojciec zamachnął się jeszcze raz.
Znowu pudło.
- Co jest? Duży pies, stoi blisko, duży kij, i nie można psa trafić?
Jeszcze jedna próba.
Pies znowu zręcznie uskoczył, jakby nagle zniknął w jednym miejscu, a pojawił się obok.
I patrzył ojcu prosto w oczy.

Ojca ogarnął nagły i paniczny strach. Cytuję:
"Dwa razy mi włosy stanęły dęba!"
I wtedy pies znikł tak nagle i cicho, jak się pojawił.

Domyślacie się że po wysłuchaniu tej opowieści żadne z nas za nic nie chciało wyjść po zapadnięciu zmierzchu na podwórko.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 14 Gru 2007, 17:35 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Nie tylko opowieści "o duchach" są niesamowite.

Mam ciągle w pamięci pewną historię, zdarzenie z praktyki lekarskiej. Przeczytałam w jakimś czasopiśmie wywiad z panią doktor, która pracowała w Czarnej Afryce , w ramach akcji "Lekarze bez granic", czy coś w tym stylu.

Przyszła kiedyś Murzynka z maleńkim dzieckiem. Murzyniątko było beznadziejnie chore, dosłownie w stanie agonii. Nie było żadnych szans.
Lekarka najdelikatniej jak mogła poinformowała matkę, że dziecka nie da się uratować.
Kobieta wpadła w rozpacz! Jej ból był tak wielki i tak autentyczny, że lekarce krajało się serce. A przecież oni nawykli.
Spytała kobietę, czy ma inne dzieci.
Ma.
Ile?
Murzynka zaczęła liczyć na palcach.
14.
Lekarka westchnęła z ulgą, i już spokojnie zabrała się do tłumaczenia, że przecież ma dla kogo żyć, że ma inne pociechy, itd.

I wtedy ta prosta murzyńska kobieta zadała lekarce pytanie:
- Ile masz palców, fatima? (pani)
Policz palce u swoich rak.
- No, 20.
- A gdyby ci jeden ucięto, nie rozpaczałabyś?

Taki był właśnie tytuł tego artykułu/wywiadu - "Ile masz palców, fatima..."


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 22 Gru 2007, 01:19 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Pewien chłop chciał koniecznie sprawdzić, czy w noc wigilijną zwierzęta rzeczywiście mówią ludzkim głosem.

Po wieczerzy, zamiast na pasterkę, udał się cichcem do obory.
Stały tam dwa jego woły.
Schował się chłop za snopem, czeka, nadsłuchuje.

Minęła północ.
Słyszał tylko znajome mlaskanie, znak, że któryś wół je siano.
Nagle...
Mówią! Naprawdę mówią!
Oto jeden wół mówi do drugiego:
- A czemu ty się tak obżerasz? Wprawdzie dostaliśmy podwójną porcję siana, ale czy musisz zjeść ją od razu? Są dwa dni świąt, jest zima, nie wychodzimy w pole do pracy.
- Oj, ja ci radzę podjeść dziś porządnie. Musimy nabrać sił.
Za dzień, za dwa, będziemy wieźć ciężką trumnę z naszym gospodarzem.

Jak gospodarz usłyszał te słowa, przeraził się, serce nie wytrzymało, umarł ze strachu.

Morał: Nawet zwierząt nie godzi się podsłuchiwać.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 22 Gru 2007, 01:57 
Offline
epikurejka w rozpaczy
Awatar użytkownika

Dołączenie: 16 Cze 2007, 11:46
Posty: 6145
Miejscowość: Tychy
Rzekłąś ...fatima ;)


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 30 Gru 2007, 18:18 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
o tym gospodarzu to podobno stara opowieść. Ludzie na wsiach gadają, żeby nie podsuchiwac co o północy zwierzęta gadają i dołączają albo opowieść o gospodarzu, któremu niewiele życia zostało, która powyżej albo dodają, że nie usłyszą co mówią zwierzęta ci, co grzeszni i nikczemni.
Faktycznie może lepiej nie sprawdzać.

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 08 Sty 2008, 17:15 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Podróże kształcą, więc dziś opowiem wam ciekawostkę o Madagaskarze.

Oczywiście, ani tam nie byłam ani się nie wybieram.
Otóż na naszym osiedlu jest zakład fryzjerski, w którym czesze pani z Madagaskaru. Podczas gdy robiła ze mnie piękność :wink: , gawędziłyśmy sobie o madagaskarskich zwyczajach weselnych.

Podobnie jak w wielu egzotycznych kulturach, narzeczoną dla syna wybiera się, gdy "napturienci " są jeszcze małymi dziećmi.
Stroną poszukującą jest zatem rodzina chłopca, szczególnie matka. Szuka się rodziny zacnej, bez chorób i innych przypadłości.
Jak wszędzie, biedni dogadują się z biednymi, bogaci - z bogatymi.

Ale - uwaga - na Madagaskarze materialna odpowiedzialność za wychowanie tej malutkiej dziewczynki spada od tej chwili na ...przyszłych teściów.
Gdy widzi się dziewuszkę ładnie ubraną, z drogimi zabawkami, pada pytanie, kto jest jej teściową. Bo to jest jej koszt i zasługa.

Dzieciaki bawią się z sobą, i ani do głowy im nie przyjdzie, że mogłyby związać się z kim innym. Takie przypadki się zdarzają - choćby mojej interlokutorki, która wyszła za Polaka - ale wyjątkowo; i jest to ogromny wstyd dla obu rodzin.

W tej sytuacji rodzina, w której rodzą się chłopaki, jest bankrutem!

Na szczęście ja mam dwa razy więcej córek , niż synów, zatem Madagaskar nie byłby mi straszny. :D
Jola tez wyszłaby na zero. :D


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 14 Mar 2008, 10:09 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Syn naszych przyjaciół ma dziś urodziny...

Pobrali się od razu, gdy tylko Uśka dostała dyplom na Politechnice.
Kiedyś ślub można było załatwić w miesiąc. Śpieszyło im się.

Teść zacierał ręce - "Wreszcie będę miał wnuka!"
Jasne, że planowali dziecko, ale nie od razu.
Najpierw trzeba znaleźć własny kąt, zorganizować wspólne życie.

Teść namawiał - "Możecie pomieszkać u nas, pomożemy przy małym dziecku".
Uśka nie chciała o tym słyszeć, chociaz teściów bardzo lubiła.
Najważniejsze, to być u siebie.
Wreszcie była i praca i małe mieszkanko.

Teść się ucieszył - "No, to wreszcie są warunki, bym szybko był dziadkiem".
Ale wtedy pojawiła się szansa pracy na uczelni. Laboratorium , praca naukowa, jednym słowem marzenie.

Teść załamywał ręce -"Przecież lata lecą!"
Ale Uska nie mogła pozwolić sobie na dziecko, była tylko stażystką.

Teść pocieszał się - "Minie rok, dostanie etat".
Dostała etat, ale od razu zaangażowano ja do wielkiego projektu.

Teść już nic nie rozumiał. Pytał, dlaczego. Uska przestała lubić odwiedziny u tych miłych skądinąd ludzi. Czuła się jak "reproduktorka". I nie rozumiała, dlaczego to teść, a nie teściowa, tak marzy o wnuku.

Kiedy wreszcie zdecydowali się i ciąża stała sie faktem, Uśka miała w sobie tyle wewnętrznego buntu, że kategorycznie zabroniła informować o tym teściów. Jej mąż był w trudnej sytuacji, ale przyrzekł trzymać język za zębami, aż "wszystko samo stanie się widoczne".

Uśka była w piątym miesiącu, ale nic jeszcze nie było widać.

I nagle wieczorem telefon - teść dostał zawału na ulicy, zmarł przed przybyciem karetki.

Tej śmierci nikt się nie spodziewał, teść ukrywał chorobę. Pogrzeb załatwiano, jakby nie rozumiejąc, co sie stało.

Na stypie Uśka powiedziała głośno, że za cztery miesiące urodzi im się dziecko. Wtedy do wszystkich dotarło, że dziadek już nigdy nie ucieszy się tą wiadomością; wszyscy zaczęli płakać.

Uśka, technokratka, urodzony inżynier, daleka od wszelkich sentymentalizmów, powiedziała mi wtedy, że rozumie wreszcie sens słów "śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą".


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 14 Mar 2008, 11:00 
Offline
chochlik domowy

Dołączenie: 19 Cze 2007, 15:29
Posty: 3556
czy mogę znów o duchach?
mój pradziadek też wracał kole północy od dziewczyny.młody chlopak.przechodził na skróty
pomiędzy polami a ulicą ,szedł szybko nie miał ochoty trafić na pana który zaproponuje:kup pan cegłę.
w pewnym momencie podszedł do niego mężczyzna ,zagadał,ze póżno,czy to nie strach tak samotnie noca ,rozmowa sie potoczyła,we dwóch zawsze rażniej,uliczka ciemna mała..w pewnym momencie mężczyzna poprosił o ogień.był ciepło ubrany w szaliku,na głowie miał kapelusz .w momencie gdy dziadek podawał mu ogień wydawało mu sie ,ze facet nie ma twarzy ale sam się ofuknął,ze to niemozliwe.
gdy przechodzili kolo krzyża facet jakoś tak nagle dziadka przepchnął ,ze dziadek się znalazł bezpośredni przy krzyżu a facet w sporej odległości.dziadek się żachnął ,nieswojo mu sie zrobilo,a parę metrów dalej przed zamknięta bramą cmentarza prawosławnego facet się pożeganał i mówi ,ze on tu idzie.i zniknął a dziedek słyszy oddalające się kroki na cmentarnej uliczce.dopadł do barmy -zamknieta.
zestresowany pobiegł na pobliski komisariat a pan policjant wcale nie zdziwiony, mu na to,ze po zmroku to tu sie nie takie rzeczy dzieja i dlatego oni wolą po zmroku nie wychodzić...


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 15 Mar 2008, 19:29 
Offline
epikurejka w rozpaczy
Awatar użytkownika

Dołączenie: 16 Cze 2007, 11:46
Posty: 6145
Miejscowość: Tychy
no nieźle ... taki horror gminny


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 04 Kwi 2008, 11:07 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Poczytałam o wcześniakach. Ratować, nie ratować...
Życie samo odpowiada na pytanie. "Nieratować" zawsze się zdąży.

Najstarszy brat i bratowa oczekiwali pierwszego dziecka.
Bratowa marzyła o dziewczynce, brat, jak to facet, pragnął syna.
Urodził się chłopak.

Coraz lepiej poznawałam moją bratową, zauważyłam, że jej gorące pragnienie córki było autentyczne. Kochała swego pierworodnego, ale te falbanki, fatałaszki, różowości i delikatności kusiły ją bardzo.

Na drugie dziecko zdecydowali się po kilku latach.
Bratowa wyraziła się kiedyś żartem, że jak będzie znów chłopak, to go zostawi w szpitalu.
Cała rodzina zgodnie czekała na dziewczynkę.
W tych czasach nie można jeszcze było sprawdzić płci na USG.

Zaczął się siódmy miesiąc ciąży, bratowa zasłabła na mieście. Zaniesiono ją do najbliższego sklepu, wezwano pomoc.
Ponoć zanim straciła przytomność, gorąco prosiła wszystkich:
-Powiedzcie lekarzom, żeby koniecznie GO ratowali. Ja wiem, że to jest chłopiec.On myśli,że ja go nie chcę, ale ja go chcę!

(Ekspedientka, gdy opowiadała o tym bratu, płakała ze wzruszenia).

Zrobiono wszystko, by go uratować. Wojtek urodził się tego dnia wieczorem. Oczywiście nie miał dwóch kilo.
Gdy na trzecią dobę wypisywano ich do domu, bratowa myślała,że to pomyłka.
- Panie doktorze, ja mam wcześniaka.
- Pani szanowna, bardzo byśmy chcieli, by wszystkie donoszone były tak mocne, jak pani wcześniak.

Rzeczywiście, dzieciak był zdrowy, chociaż strasznie mały i strasznie brzydki - m.in. owłosiony na twarzy.

Wojtek, mój chrześniak, wyrósł na super przystojnego faceta - 2 m wzrostu!
Ożenił się w ubiegłym roku.
Przed kilkoma tygodniami przyszła na świat maleńka dziewczynka.


Ostatnio edytowany przez rycerzowa, 04 Kwi 2008, 11:13, edytowano w sumie 1 raz

Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 07 Kwi 2008, 21:10 
Offline
epikurejka w rozpaczy
Awatar użytkownika

Dołączenie: 16 Cze 2007, 11:46
Posty: 6145
Miejscowość: Tychy
Kapitalna opowieść :)

_________________
Wronka/02/Misiek /98/ Wojtek/91/Jano/89/ Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 22 Kwi 2008, 01:39 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Chciałam napisać i o problemie umierania po ludzku, i o tym, jakie to ważne mieć dziadka.
No to będzie dwa w jednym.

Dziadków mieliśmy "przyszywanych", najbliższych sąsiadów. Oni zza Buga, nasi z Centrali, a jednak nasze rodziny były sobie tak bliskie, jakby łączyły nas więzy krwi.
Babcia - wiadomo, dobra, kochana, dusza człowiek.

A dziadek?
Żołnierz Września, odznaczony Virtuti Militari, okupacja spędzona w niemieckiej niewoli, potem pionier na Ziemiach Zachodnich. Silny, dzielny człowiek, pracowity, obdarzony wielkim umiłowaniem życia i poczuciem humoru.
Jak to z bardzo silnymi bywa, dla dzieci umiał być dobry i łagodny. Bywało, że pracował w polu lub ogrodzie z wnukiem na ramionach.
A miał ich gromadę.
Nas, "obce" wnuki, traktował jednakowo serdecznie.
Dla mnie miał szczególne względy, gdyż jako jedyna lubiłam słuchać jego historycznych opowieści.
Przekazał mi wiele życiowych mądrości, o tym, co cenić w ludziach, czego się od nich uczyć, co jest w życiu ważne.

Dziadek był od zawsze stary.
Pamiętał rozbrajanie Niemców w Warszawie w 1918 roku. Pamiętał wojnę bolszewicką.
Potem walczył pod dowództwem gen. Kutrzeby nad Bzurą, maszerował 3 dni bez chleba i wody do niewoli niemieckiej, jak w tym wierszu, "ze spuszczoną głową, powoli..."

Gdy o tym opowiadał, był to zazwyczaj wzniosły wykład polityczno-patriotyczny.

"1 września milionowa armia hitlerowska uderzyła z zachodu, północy i południa.
Sojusznicy zawiedli.
A potem dostaliśmy ze wschodu cios w plecy..."

Dziadek się zaperzał, usta mu drżały, autentycznie wzruszał się.
Cios w plecy! Oboje płakaliśmy nad losem naszej zdradzonej ojczyzny.

Potem zawsze obiecywał zrobić mi szopkę z ruszającymi się pastuszkami.
Zrobił, ale wtedy byłam już dorosła. Prawnuki wolały inne zabawki.

Mijały lata, dziadek owdowiał, po kolei odeszli wszyscy mu rówieśni. Stuknęło mu 90 lat, ale ciągle był w dobrej formie, pomagał wnuczce w opiece nad dziećmi i w ogrodzie.
Zawsze w dobrym humorze, sypał anegdotami, chodził z nieodłączną fajką, z której popiół wysypywał byle gdzie.
Zapytany, jak się czuje, odpowiedział kiedyś:
- Wiesz, tak zjeść, wypić, młoda baba, to jeszcze bym mógł. Ale pracować, to już nie za bardzo.
Pocieszny był.

Nagle ciężko zachorował. Mocne leki uratowały mu życie, ale przestał chodzić.
Dziadek chory! Dziadek w łóżku! Tak aktywny, niezależny człowiek skazany na pomoc innych!
Miał tę pomoc, rodzina była liczna i dobra. Ale dziadek nie mógł pogodzić się, że nie może już pracować, że jest słaby.
Bardzo chciał umrzeć.
Mijał rok za rokiem i to pragnienie śmierci było coraz silniejsze. Gdy go odwiedzałam, prosił, by mu załatwić środki nasenne. Wiedziałam, do czego byłyby mu potrzebne, musiałam odmówić. Kiedyś złamałam się, poprosiłam siostrę - farmaceutkę o te środki, ale postraszyła mnie kryminałem.

Pewnej środy dziadek przestał jeść i pić. Patrzył w sufit, nie wiadomo, czy przytomny.
Wezwano pogotowie, ale - nie chciało przyjechać.
Przyszedł prywatny lekarz i powiedział, że to agonia, i żeby pozwolić mu odejść.
Minął czwartek, dziadek leżał z pogodnym wyrazem twarzy.
W piątek przyszedł listonosz, przyniósł emeryturę.
Głośno przeliczył w obecności dziadka.
Wtedy nagle dziadek zawołał z ożywieniem:
- O! Jednak podwyższyli mi!

Rodzina dopadła łóżka.
- Dziadku, ty słyszysz? Jesteś przytomny?
Ale dziadek znów nic "nie słyszał", patrzył w sufit, nie chciał pić.
Odszedł nad ranem, w sobotę.

Przyjechałam na pogrzeb z daleka.
Nie wiedziałam, że jednego dziadkowego oka nie dało się zamknąć.
Gdy podeszłam do trumny go pożegnać , wyglądało to tak, jakby puszczał mi "oczko".
Ostatni dowcip mojego kochanego dziadka.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 22 Kwi 2008, 13:42 
Offline
Donna vulcana
Awatar użytkownika

Dołączenie: 21 Mar 2008, 19:27
Posty: 2000
Miejscowość: þórshöfn
Piękny człowiek...
Jak ja Was lubię czytać....

_________________
http://naszaislandia.blogspot.com/


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 18 Maj 2008, 16:25 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Tak na marginesie prowadzonych na forach dyskusji o regulacji urodzeń, napiszę o historii, którą często wspominano u nas w domu. Tak naprawdę to powinna mrozić krew w żyłach, tymczasem traktowano ją z humorem. Może ze względu na happy end, a może dlatego, że w porównaniu ze strasznymi opowieściami wojennymi , opis "starej dobrej przedwojennej" metody walki z przeludnieniem nie robił wielkiego wrażenia.

Moja mama, chociaż klasyczna domatorka, zawsze wiedziała, komu potrzebna jest pomoc.
Wybrała się w odwiedziny do samotnej kobiety, która właśnie została matką.
Panna z dzieckiem u schyłku lat czterdziestych, bez rodziny, bez oparcia.

Był mroźny, lutowy dzień. Młoda mama podmywała noworodka ...w wodzie z lodem.
Okna otwarte, żeby był przeciąg.
Stara, dobra, przedwojenna metoda...

Nie wiemy, co mama powiedziała tej dziewczynie. Wiemy tylko, że zaniosła jej ciuszki po moich braciszkach. (Mojego przyjścia na świat jeszcze nie planowała).
Pocięła na pieluszki "całkiem dobre prześcieradło". W sklepach nie było tetry, choćby nawet ktoś miał pieniądze. Nasza (przyszywana) babcia nosiła położnicy mleko.

I wiecie, co? To maleństwo, dziewczynka, nigdy ponoć nie miało kataru!
Jej matka potem wyjechała, dobrze wyszła za mąż, ale nie mieli dzieci.
Córka okazała się prawdziwą pociechą dla nich dwojga, skończyła medycynę,
i naprawdę ponoć nigdy nie chorowała.

A o historii wspominano przy okazji naszych licznych przeziębień z najbłahszych powodów.
"W wodzie z lodem was się powinno podmywać!"


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 28 Maj 2008, 18:34 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Naszą-klasę to myśmy sobie w realu wymyślili kilkanaście lat temu.
Spotykamy się co roku.
Zaczęło się przy okazji którejś okrągłej rocznicy. Uroczystość w szkole, nasi starzy nauczyciele, przemówienia, wzruszenia, itepe.
Jeden z kolegów zakończył swoje wystąpienie prośbą do profesora z matematyki, by ten poprawił mu stopień na świadectwie maturalnym - trója z matmy raziła jego zmysł estetyczny.
Skwitowaliśmy to oczywiście śmiechem; ot, dowcipne zakończenie oficjalnego przemówienia.
Dowiedziałam się potem, że ów kolega napomykał o tym swemu nauczycielowi przez wiele lat, przy każdej okazji, gdy tylko mieli możliwość rozmowy. Miasto nieduże, więc natykali się na siebie dość często.
Stary prof. Pierwiastek (nikt już nie pamięta jego prawdziwego nazwiska) tylko uśmiechał się z politowaniem.
Aż w roku ubiegłym - kolejna okrągła rocznica, znów spotkanie z nielicznymi już żyjącymi belframi, zaproszenie ich na naszą imprezę z tańcami i alkoholem.
Nad ranem prof. Pierwiastek opuszczał towarzystwo w doskonałym nastroju. ;-)

Nagle zwrócił się do owego upierdliwego kolegi, i mówi, że wreszcie sie zdecydował.
- Poprawię ci tę trójkę na czwórkę.
- !!!
- Daj mi to świadectwo! Szybko! No, dawaj!
- Nnno... ehkm... nie mam przy sobie.
- To pocałuj mnie w doopę!


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 28 Maj 2008, 19:44 
Offline
epikurejka w rozpaczy
Awatar użytkownika

Dołączenie: 16 Cze 2007, 11:46
Posty: 6145
Miejscowość: Tychy
:mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: faajne

_________________
Wronka/02/Misiek /98/ Wojtek/91/Jano/89/ Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 06 Cze 2008, 16:18 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Znalezione w sieci:


Za siedmioma durami, za siedmioma mollami, dawno, dawno temu, w
prastarym grodzie Hesesie mieszkał król Tryton III ze swą żoną
Septymą Wielką. Mieli oni córkę jedynaczkę - śliczną królewnę
Dominantę. Była to miła i mądra panienka, nic więc dziwnego, że król
Tryton i królowa Septyma bardzo ją kochali i nigdy nie dochodziło
między nimi do rodzinnych dysonansów. Dominanta szybko dorastała i
pewnego dnia królowa oznajmiła: "Córko, czas już, abyś wyszła za
mąż". Nadszedł czas poszukiwania odpowiedniego kandydata. W całym
królestwie i w sąsiednich tonacjach ogłoszono, co następuje: "Jego
Dyminucja, król Tryton III oznajmia, iż pierwszemu kawalerowi
znamienitego rodu, który przybędzie i pozyska względy królewny
Dominanty, odda swoją córkę za żonę, a ponadto sto tysięcy bemoli w
złocie i pół królestwa w posagu". Zaczęli tedy przybywać kandydaci.
Z Francji przyjechał niejaki książę de Moll, zjawił się również
pewien akord neapolitański z Włoch, a także hrabia Geses-dur z
Niemiec oraz major z królewskiej armii, weteran, zasłużony w
pierwszym przewrocie majowym. Niestety, żaden z kawalerów nie
uzyskał uznania Dominanty. Książę de Moll cierpiał na dur brzuszny i
zawsze przed obiadem musiał zażywać Amoll. Hrabia Geses-dur, choć
miał dużo bemoli, był już stary i chorował na przewlekły paralelizm.
Major natomiast ciągle był w minorowym nastroju i często spuszczał
nos na kwintę. Najgorzej jednak było z akordem neapolitańskim. Był
to osobnik podatny na niedobre wpływy i okazało się, że rok temu
związał się z jakąś podejrzaną sekstą. Od tego czasu cierpiał na
lekkie zboczenie modulacyjne i zaczął przejawiać skłonności
homofoniczne. Widząc, że żaden kandydat nie odpowiada Dominancie,
królowa Septyma bardzo się zalterowała i popadła w stan głębokiej
progresji. W końcu jednak znalazł się pewien młody i przystojny
Kasownik, syn skarbnika królewskiego, który zyskawszy sympatię i
miłość Dominanty, wkrótce pojął ją za żonę, a przy okazji skasował
sto tysięcy bemoli w złocie. Jako że młodzi często przebywali ze
sobą w stosunku kwinty, wkrótce ogłoszono radosną nowinę, iż
królewna Dominanta spodziewa się nowego składnika. Wszyscy
gorączkowo zaczęli przygotowywać się na to ważne wydarzenie. Dla
Dominanty i jej mającego przyjść na świat maleństwa znoszono
rozmaite podarunki. Najpopularniejszym prezentem były pampersy i
pieluszki tetrachordowe. Nadszedł wreszcie dla Dominanty czas
rozwiązania. W obawie, aby nie okazało się zwodnicze, sprowadzono
najlepszych lekarzy z całego królestwa. Na szczęście rozwiązanie
przebiegło ściśle według przewidywań medyków i na świat przyszła
malutka dziewczynka, której nadano imię Subdominanta. Na uroczyste
chrzciny zjechały się wszystkie zaprzyjaźnione interwały, akordy
tonalne i poboczne, przybyły również cztery dźwięki obce z
sąsiednich tonacji, a nawet dwie egzotyczne skale miksolidyjskie,
które z królem Trytonem łączyło dalekie pokrewieństwo tercjowe. Po
ceremonii odbyła się uczta. Dominanta przybyła z podwójnym
opóźnieniem, gdyż, schodząc schodami ze swej komnaty, odziana w
długą, purpurową tonikę, nie zauważyła, że szósty stopień był
obniżony i nieszczęśliwie upadła, niszcząc sobie na głowie trwałą
modulację. Po chwili jednak wszyscy goście zasiedli w układzie
skupionym do okrągłego jak koło kwintowe stołu. Stół uginał się pod
ciężarem rozmaitych potraw. Czegóż tam nie było! Alikwoty w zalewie
oktawowej, rożki angielskie, kuplety schabowe alterowane, na deser
zaś przepyszna akolada mleczna z orzechami. Goście jedli ze smakiem,
aż im się uszy trzęsły. Tylko Dominanta nic nie tknęła, ponieważ
dbała o pięciolinię. Bardzo pragnęła odzyskać swą dawną, szczupłą
figurację. Uczta już dobiegała końca, gdy nagle za oknami zrobiło
się ciemno, a z dziedzińca zamkowego dobiegł do uszu zebranych
przeraźliwy chichot. Zajęczały zgryźliwie dysonanse, zabrzmiały
ukośnie półtony, wreszcie zadudnił charakterystyczny skok oktawy i
przerażeni goście ujrzeli przed sobą chudą, czarną postać. To stara
wiedźma Kadencja, dawna wróżka królewska, która nie została
zaproszona na ucztę. Kadencja, zawieszona niegdyś w swej funkcji za
nadużywanie alikwotu, przybyła teraz, aby się zemścić. Była już
stara, ale wciąż jeszcze mocna metrycznie i harmonicznie. "Więc to
tak, wstrętne skordatury!" - zawołała chrypliwie. - "Nie
zaprosiliście starej Kadencji na chrzciny małej Subdominanty! Niech
więc ona zapłaci za waszą niewdzięczność! Rzucę na nią klątwę. Kiedy
królewna skończy 18 lat, zamienię ją enharmonicznie w subdominantę
drugiego stopnia i wtrącę do nieznanej tonacji docelowej!". Goście
zamarli z przerażenia, a królową chwycił atak chromatycznego kaszlu.
Pewnie całe zajście skończyłoby się tragicznie, gdyby nie dzielny
Kasownik, który jako jedyny nie wystraszył się wiedźmy.
Błyskawicznie wykonał skok o dwie oktawy w stronę Kadencji i szybkim
ruchem o sekundę odebrał jej wszystkie tercje. Zaskoczona wiedźma,
nie mogąc bez tercji określić swojego trybu, straciła w ten sposób
całą swoją moc. Obezwładnioną wiedźmę służba zamknęła w lochu na dwa
klucze wiolinowe i jeden basowy. Gromkie "Vivace" ozwało się na
cześć dzielnego Kasownika, zaś król Tryton odznaczył swego zięcia
złotym krzyżykiem za odwagę. Od tej pory już nic nie zakłócało życia
królewskiej rodziny i wszyscy żyli długo i szczęśliwie w wielkim
konsonansie.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 07 Cze 2008, 10:32 
Offline
Generalissimus domownikuss
Awatar użytkownika

Dołączenie: 09 Sty 2008, 22:17
Posty: 1882
fajowe :mrgreen: nawet jest troche o mnie :lol: ;-)
"...związał sie z podejrzana sekstą " :lol: jak wybierałam nicka to małżonek mój "wszystko tylko nie seksta :lol: :lol: :lol: "


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 07 Cze 2008, 15:32 
Offline
epikurejka w rozpaczy
Awatar użytkownika

Dołączenie: 16 Cze 2007, 11:46
Posty: 6145
Miejscowość: Tychy
:mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

_________________
Wronka/02/Misiek /98/ Wojtek/91/Jano/89/ Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 08 Cze 2008, 09:31 
Offline
Generalissimus domownikuss
Awatar użytkownika

Dołączenie: 18 Cze 2007, 19:42
Posty: 2870
Dobrze czuł, że jego nick będzie od Twojego :mrgreen:


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 08 Cze 2008, 10:49 
Offline
epikurejka w rozpaczy
Awatar użytkownika

Dołączenie: 16 Cze 2007, 11:46
Posty: 6145
Miejscowość: Tychy
ale jak by fajnie brzmiały te nicki na wielodzietnych po pewnej obróbce /np. sexa i sexus?/ :mrgreen: :mrgreen:

_________________
Wronka/02/Misiek /98/ Wojtek/91/Jano/89/ Image


Ostatnio edytowany przez Q-mamma, 08 Cze 2008, 10:50, edytowano w sumie 1 raz

Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 08 Cze 2008, 16:01 
Offline
Generalissimus domownikuss
Awatar użytkownika

Dołączenie: 09 Sty 2008, 22:17
Posty: 1882
:mrgreen:


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu: Re: sztuka opowiadania
PostWysłany: 05 Lis 2008, 22:28 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Dawno, dawno temu, w pewnej wiosce w Indiach pewien mężczyzna obwieścił, że będzie kupował małpy płacąc po $10 za sztukę.
Wieśniacy, widząc, że małp dookoła jest pod dostatkiem, wyruszyli do lasu, aby je łapać. Mężczyzna kupił tysiące małp po $10, ale kiedy ich populacja zaczęła się zmniejszać, wieśniacy zaprzestali starań. Mężczyzna zatem ogłosił, że zapłaci za małpę po $20.
To sprawiło, że wieśniacy wzmogli starania i znowu zaczęli łapać małpy. Wkrótce populacja małp jednak spadła jeszcze bardziej i ludzie zaczęli wracać do swoich gospodarstw. Stawka została podniesiona do $25 , ale małp zrobiło się tak mało, że problemem było w ogóle zobaczyć jakaś małpę, a co dopiero ją złapać.
Mężczyzna zatem ogłosił, że kupi małpy po $50 za sztukę! Ponieważ jednak musiał udać się do miasta w ważnych interesach, jego asystent pozostał w wiosce, aby prowadzić skup w jego imieniu. Pod jego nieobecność asystent zaproponował wieśniakom:
Popatrzcie na tę ogromną klatkę i te wszystkie małpy,które skupił.
Sprzedam je wam po $25 , a gdy mężczyzna wróci z miasta, odsprzedacie mu je po $50 .
Wieśniacy wydobyli swoje oszczędności i wykupili wszystkie małpy.
I nigdy więcej nie zobaczyli już ani owego mężczyzny ani jego asystenta - tylko same małpy.
Witajcie na WALL STREET!


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu: Re: sztuka opowiadania
PostWysłany: 06 Lis 2008, 02:37 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
po mojemu to nie jest opowiadanie o giełdzie :mrgreen: tylko taka opowiastka na czasy kryzysu, ale z gruntu fałszywa
Na giełdzie są realne wartości i realne pieniądze. A po dołkach przychodzą górki. Więc wiesniacy nie powinni się matwić, nie zostali podstępnie nabrani, ów męzczyzna i jego asystent na pewno wrócą, wartość małp jeszcze nie raz bedzie spadać, ale bedzie tez wzrastać. No chyba, że w kraju wieśniaków ktos, oczywiście w interesie wiesniaków;), wprowadzi komunizm. No ale to juz siłą wyższa;)

--------------------

jeszcze coś dla miłosników dobrych opowiaści
niestety tylko z Warszawy i okolic
Image

Pałac w Wilanowie, 7-8.XI.08 (pod obrazkiem link)

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu: Re: sztuka opowiadania
PostWysłany: 06 Lis 2008, 02:42 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
uff, ale wielgaśny plakat wyszedł.

Tutaj program imprezy i jeszcze znalazłam na stronie muzeum multimedialne prezentacji o zbiorach, fajne

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Kwi 2009, 11:03 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
O moim synu mówiło się - urodzony inżynier.
Jako niemowlak zamiast grzechotkami bawił się światłomierzem, potem bardziej interesowały go sokowirówki, roboty kuchenne i wiertarki, niż jakieś misie i klocki.
Mam w pamięci obraz dreptusia, jeszcze w śpioszkach, gdy tuli do policzka elektryczny rozgałęźnik, szepcząc czule - "mój tochany pląd" (nie wymawiał "k").
W wieku przedszkolnym, wiadomo - rozkręcanie wszystkiego, co pod ręką, najpierw stare żelazka, radia i magnetofony, potem nowe...
I pierwsze jaskółki konstrukcji zamiast destrukcji - już wtedy, przy okazji wizyt u znajomych, zdarzało mu się ponaprawiać innym dzieciom zabawki.

Chłopak był cichy i skromny ,ani typ sportowca ani pilnego ucznia, zatem uznanie kolegów i nauczycieli musiał zdobywać w inny sposób.
Naprawić kumplowi rower, podłączyć na lekcji rzutnik, naprawić napowietrzanie akwarium w gabinecie biologicznym, wbić jakiś gwóźdź, wywiercić dziurę, itp.

Zdarzyło się kiedyś którejś z pań, że nie mogła otworzyć szafy w swoim gabinecie. Zacięło się i już.
Próbowała pani, próbowały koleżanki, jakiś cudem znaleziony nauczyciel-mężczyzna, woźna, mąż woźnej, pan konserwator - i nic. Sezam zamknięty na amen.
A w szafie były potrzebne mapy czy inne pomoce naukowe.

Aż jednej z pań się przypomniało, że w piątej "e" jest taki sprytny chłopaczek...
- No co ty, ja nie mogę, a ten mały otworzy? Niby jak?
- Dajcie mu spróbować.
- E tam.

Ale dali, bo nie mieli innego wyjścia, chyba że rozwalić zamek.

Chłopak otrzymał pęk kluczy i godzinę lekcyjną spokoju.

Został wreszcie sam, powoli próbuje właściwym kluczem.
Mocno, zdecydowanie, i lekko, delikatnie, troszkę zmienia głębokość wsunięcia, siłę nacisku.
Nic.
Próbuje innymi kluczami, z każdym próbuje różnych opcji.
Ciągle nic.
Może się uda spinaczem, agrafką, innym drutem. Prawdziwy majsterklepka ma takie rzeczy w kieszeni.
Niestety.
Podważyć lekko drzwi szafy, zacząć próby od nowa.
To nie ten trop.
Przycisnąć od góry. Dopchnąć. Albo poluźnić.
Nic z tego.
Czas płynie nieubłaganie, ojej, niedługo dzwonek , spróbować jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz...

Dzwonek! Czas minął! Nie udało się. Słychać głosy zbliżających się nauczycieli. Pan konserwator będzie się śmiał, pani wychowawczyni będzie przykro...
Wstrętna szafa! Chłopakowi stanęły w oczach łzy upokorzenia, rozpaczy i wściekłości, kopnął z całej siły szafę - i...
- A nie mówiłam, że on otworzy! Urodzony inżynier!


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu: Re: sztuka opowiadania
PostWysłany: 24 Kwi 2009, 11:25 
Offline
Domownik
Awatar użytkownika

Dołączenie: 17 Cze 2007, 23:05
Posty: 2054
:lol: :D :D


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 82 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Skocz do:  
Twoja Podręczna Księgarnia

wielodzietni w biznesie

Nasza Islandia

Doula Gosia Borecka

Okno na dobrą stronę świata


wielodzietni.net na Facebooku

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group |
Ten serwis stosuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystanie.
» Akceptuję wykorzystywanie plików cookies w serwisie www.wielodzietni.net.