duża rodzina

duża rodzina

forum dla rodzin wielodzietnych i sympatyków
duża rodzina
Obecny czas: 22 Lip 2018, 03:12

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 21 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
PostWysłany: 29 Cze 2007, 00:07 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
nie tylko o polityce prorodzinnej
jak to wygląda w Szwecji w praktyce

Cytuj:
Joanna Woźniczko, 27.VI.07 PRZEKRóJ

Chciałbyś być Szwedem?
Europa widzi w Szwecji raj na ziemi, tymczasem nawet tam ludzie mają problemy
Ten dobrobyt, bezpieczeństwo socjalne i tolerancja mają cenę, którą niewielu z nas chciałoby zapłacić.
Lawa mieści się w państwowym domu kultury w samym sercu Sztokholmu. Nazwa kawiarni brzmi grzecznie, ale przychodząca tam młodzież robi wszystko, żeby zatrzeć to wrażenie. Wersja łagodna to podarte rajstopy i agrafki w uszach. Wersja ostra to irokezy i utapirowane różowe grzywy. Makijaże jak na balu u Drakuli i gwoździe w wargach. Polski minister edukacji nie wyśniłby tego w najczarniejszym koszmarze.

Lawa to Szwecja w pigułce. Państwo opiekuńcze wspaniałomyślnie wytyczyło przestrzeń, w której tłumy nastolatków mogą się buntować. Za państwowe pieniądze malują na koszulkach napisy typu "fuck the system" i kręcą amatorskie filmy. Wszystkie materiały są bezpłatne i dostępne w dowolnych ilościach: obok kosza z fluorescencyjnym filcem wisi fotograficzna instrukcja, jak przebić wargę gwoździem.

Bo bunt i kontestacja to w Szwecji takie samo prawo obywatela jak renta czy opieka zdrowotna. A w kraju, gdzie państwo ma obowiązek ułatwiać obywatelom zaspokajanie wszystkich potrzeb, nawet kulturę protestu serwuje się na tacy – razem z herbatką i ciasteczkami. Aż chce się buntować. Grunt, by robić to w ramach państwa.

Do Szwecji przyjechałam sprawdzić, jak działa europejski "raj". Kraj bogactwa i dobrobytu, tolerancji i równości, wysokich zarobków i szczęśliwych ludzi, nad którymi unosi się wszechopiekuńcze państwo. Od dekad udaje się tu rzecz nieosiągalna na dłuższą metę nigdzie indziej – połączenie bezpieczeństwa socjalnego ze zdrową gospodarką. Owocem tego cudu jest niedościgniony szwedzki dobrobyt. Nie demonstrowane publicznie prywatne bogactwo, tylko poczucie zaspokojenia i spełnienia na twarzach ludzi.

Państwo opiekuńcze narodziło się w 1934 roku. Jego rodzicami była jedyna para noblistów na świecie – socjolożka i dyplomatka Alva Myrdal oraz socjolog i ekonomista Gunnar Myrdal. Ona dostała nagrodę w 1982 roku za pracę na rzecz rozbrojenia międzynarodowego, on w 1974 roku właśnie za państwo opiekuńcze.

40 lat wcześniej Myrdalowie wydali bestseller "Sprawa kryzysu populacji". Był on odpowiedzią na groźbę wyludnienia, która zawisła nad Szwecją na początku XX wieku, po fali emigracji do Ameryki i po wprowadzeniu zakazu pracy dzieci. Myrdalowie stwierdzili, że skoro macierzyństwo wiąże się z ogromnymi wydatkami, a nie niesie za sobą ekonomicznych korzyści, państwo powinno przejąć od obywateli koszt wychowania dzieci. Zalecili bardzo wysokie podatki, bardzo duże wydatki z budżetu i bardzo rozbudowany system opieki społecznej. Sprawny na tyle, że Szwedzi widzą, na co idą oddawane fiskusowi pieniądze. I tak popularny, że w dniu składania deklaracji podatkowych w radiu można usłyszeć wypowiedzi słuchaczy: "To najpiękniejszy dzień w roku! Święto solidarności społecznej!".

Efekty strategii Myrdalów, którą Partia Socjaldemokratyczna wdrażała przez dekady, widzimy do dziś. Szwedzcy rodzice pławią się w luksusach urlopów wychowawczych dla matek i ojców, bezpłatnych żłobków i przedszkoli, szkół z pełnym wyżywieniem, dotowanych obozów letnich i innych frykasów. Widząc taki świat, nietrudno przystać na oddawanie połowy zarobków.

Jednak gdzieś tu kryje się paradoks. Z jednej strony Szwedzi są w ścisłej czołówce najbardziej zadowolonych narodów Europy. Z drugiej – szwedzka proza, poezja, fotografia i film prezentują obraz zupełnie inny. Przejmujący, w ciemnych tonacjach, obraz, którego jednym z tematów przewodnich jest samotność. Jak jest naprawdę?

Karlstad, miasto na zachodzie Szwecji. Czteropiętrowy budynek z czerwonej cegły blisko lasu to dom starców. Ale Lisa, pogodna staruszka w sukience w groszki, mówi o nim inaczej: "to mój raj". – Zanim tu trafiłam, było strasznie. Syn półtora roku walczył, żeby mnie tu umieścić – na samo wspomnienie życia poza domem starców jej oczy podobne do niebieskich spodków robią się jeszcze bardziej okrągłe.

Lisa ma dwupokojowe mieszkanie urządzone tak, jak lubi. Ukochany stary kredens z fajansem, fotele z zielonego pluszu, kryształowy żyrandol, na ścianach zdjęcia praprzodków i prawnuków. Staromodne wnętrze kryje dyskretnie umieszczone urządzenia ułatwiające staruszce życie: a to automatycznie podnoszące się łóżko, a to specjalny fotel do kąpieli w łazience. Znajomych z mieszkań obok Lisa spotyka w jadalni i na tańcach. Pieką razem ciasteczka i wyszywają serwety. Mówią, że są szczęśliwi.

W raju Lisy państwo opiekuńcze ma twarz Marlene Svensson – młodej blond pielęgniarki o zębach jak perły. Usłużna i uśmiechnięta, jest na każde wezwanie staruszków. Wszyscy noszą na szyjach wisiorki z plastikowymi guzikami. Mechanizm jest prosty: naciskasz guzik – Marlene Svensson przybiega. Ona się opiekuje, państwo płaci. A ściślej: płacą obywatele. Na przykład Markus Gustafsson.
Zastajemy go przy pracy. Postawny 30-latek w granatowych ogrodniczkach i zielonym swetrze mówi spokojnie, z uśmiechem na twarzy. Półtora roku temu przejął od ojca stery w rodzinnym interesie, prywatnej fabryce jachtów na wybrzeżu na północ od Sztokholmu. W Szwecji nie jest to biznes niszowy – Szwedzi to naród z największym odsetkiem posiadaczy żaglówek. Ze stoczni Gustafssonów wypływa co roku 12 luksusowych łodzi, a kilkuosobowa ekipa pracuje od 40 do 60 godzin w tygodniu. Markus, choć jest menedżerem, sam pomaga ustawiać maszty i polerować mahoniowe kajuty.

Przy stoczni Gustafssonów znajduje się marina, w której każdy jacht kosztuje mniej więcej tyle, ile drewniana willa na szwedzkiej prowincji. Ale i tak aby zamówić jacht u Markusa, czeka się w kolejce dwa lata. Państwo zabiera 60 procent dochodu – mimo to biznes się kręci.

Bogactwo i wielki kapitał od początku były wpisane w projekt państwa Myrdalów. U jego podstaw legło porozumienie między największym szwedzkim związkiem pracodawców a największym szwedzkim związkiem zawodowym. Pierwszy układ zbiorowy zawarto w Szwecji już w 1928 roku. Związkowcy obiecali w nim pracodawcom, że pracownicy dużych firm nie będą żądać podwyżek, dopóki małe firmy nie dobiją do poziomu ich płac. Duże firmy otrzymały w ten sposób gwarancję, że przez dwa lata nie będzie strajków (układ jest systematycznie odnawiany). Ale za to małe przedsiębiorstwa zaczęły plajtować. W efekcie na rynku zostali tylko bardzo mocni gracze – tak swój sukces zbudowały Volvo, Skania czy Ericsson. Fundament rozwoju gospodarczego powstał więc dzięki sztamie kapitalistów z pracownikami. Tak kraj zaczął się bogacić.

Do dziś sektor prywatny jest głównym motorem gospodarki. Szwecja pozostaje dzięki temu jednym z europejskich tygrysów – z pięcioprocentowym wzrostem gospodarczym, inflacją nieprzekraczającą 1,5 procent i średnimi zarobkami rzędu ośmiu tysięcy złotych. Zajmuje w dodatku piąte miejsce na świecie w rankingu HDI, czyli Indeksie Rozwoju Ludzkiego, który bierze pod uwagę nie tylko bogactwo mieszkańców, ale też poziom opieki medycznej, edukacji i średnią długość życia. Nic dziwnego, że politycy w innych krajach zachodzą w głowę: jak podobny raj zaprowadzić u siebie?

Odpowiedź może rozczarować. Już Alva i Gunnar Myrdalowie wiedzieli, że jeśli ich pomysłów nie da się zrealizować w Szwecji, nie uda się to nigdzie. Siła tego modelu polega między innymi na tym, że piekielnie trudno go skopiować. Bo "szklany dom" Myrdalów postawiono na typowo szwedzkich podstawach.

Kristinehamn, mieścina nad jeziorem Vänern w zachodniej Szwecji. Dom Moniki Vivtorp, emerytowanej nauczycielki, jest jak ze szwedzkiej pocztówki: ściany z pomalowanego na czerwono drewna, białe framugi okien, ogródek.

Monika siedzi nad górą papierów. Przyszły pocztą, w trzech kopertach. Każda koperta to ludzka historia. Każdą Monika przeczyta trzy razy, zanim podejmie decyzję. A sprawy są naprawdę intymne: ktoś zwierza się z problemów z dorastającą córką, ktoś ze swojej samotności, ktoś inny prosi o pieniądze na naukę.

Monika rozważa "za" i "przeciw", a następnie wydaje werdykt. Przedstawi go na trzyosobowym sądzie wojewódzkim w Karlstadzie. Aby tam zasiadać, nie trzeba być prawnikiem, wystarczy czuć ducha państwa opiekuńczego. Monika twierdzi, że czuje. Decyzjom odnoszącym się do niej samej podporządkowuje się tak samo potulnie jak bohaterowie spraw z jej kopert.

Bo najważniejszą podstawą, na której Myrdalowie oparli szwedzką idyllę, jest zaufanie do instytucji państwowych. Zaufanie niepodważalne i utwierdzane przez wieki. W Szwecji władza nie kojarzy się z okupantem, bo od XVI wieku nikt jej po prostu nie najechał. Kraj nie ma nawet doświadczenia wojen światowych, bo od przeszło stu lat prowadzi politykę neutralności.

Zaufanie utwierdza też wpisany w państwo egalitaryzm. W Riksdagu od XVI wieku zasiadają przedstawiciele wszystkich stanów – duchowni obok mieszczan, szlachta obok chłopów. Władzę postrzega się jako reprezentację obywateli, zaś dla samych polityków urzędy są służbą. W parlamencie nie ma partyjnych tuzów, a gwiazdy szwedzkiej polityki działają blisko ludzi, czyli w samorządach. Stamtąd też przychodzą do rządu. Korupcja, nepotyzm, stawianie kariery ponad interesem społecznym – to wszystko w idealnej Szwecji zjawiska marginalne. Jeśli nawet się zdarzą, są przyjmowane z najwyższym społecznym oburzeniem.

Sabina Koij jest pastorką. To w tym kraju nic nadzwyczajnego: płeć żeńską reprezentuje ponad połowa duchownych. Tylko turyści podchodzą do niej czasem i pytają absurdalnie: "Czy pani jest kobietą?". Sabina spotyka ich wielu: służy w sztokholmskiej katedrze. Do niedawna państwowej. Szwecja wzięła rozwód z Kościołem dopiero siedem lat temu.

– Ale Szwedów też przychodzi coraz więcej – mówi. – Wbrew pozorom przywiązujemy dużą wagę do duchowości. Kościół przez 70 lat walczył, aby się uniezależnić od państwa, a socjaldemokratyczne rządy nie chciały go wypuścić. Państwem laickim staliśmy się dopiero w 2000 roku i paradoksalnie wtedy Kościół zaczął odżywać. Zamiast dawać gotowe odpowiedzi, ogłosił, że chce ich szukać wspólnie z wiernymi. To zadziałało – opowiada.

Pytanie, ile protestanckiej duszy zostało w laickim Szwedzie, jest ważne, bo protestancka etyka pracy to drugi filar szwedzkiego modelu socjalnego. Nie byłoby "szklanego domu" państwa Myrdalów bez powszechnego w Szwecji przekonania, że umiejętność zadbania o dobra doczesne to oznaka bożej łaski. To ono sprawia, że obywatele państwa opiekuńczego starannie wykonywali tu swoją pracę i potulnie zgodzili się łożyć na wspólne dobro.

I wreszcie trzecia podstawa szwedzkiego dobrobytu: społeczeństwo szwedzkie jest niewielkie i jednolite etnicznie. Ten filar – pozornie najbardziej banalny i niezmienny – najmocniej się dziś w Szwecji chwieje. Bo nawet w skandynawskim raju ludzie mają problemy. Naczelnym jest lęk przed tym, że raj mógłby się skończyć.
Gdy wybory parlamentarne ubiegłej jesieni wygrała prawica, zakrawało to na rewolucję: Socjaldemokracja rządziła Szwecją z małymi przerwami od 1932 roku! Ludzie wiwatowali na ulicach, ktoś z radości wskoczył do wielkiej fontanny pod samym domem kultury Lawa. Jednak wybory rewolucji nie przyniosły. Bo dla większości Szwedów świadomość, że żyją w najlepszym ze światów, jest niewzruszalna. Wszelkie pytania o państwo opiekuńcze przyjmują z rezerwą, jakby jego założenia w ogóle nie podlegały dyskusji. Nie chcą go oskarżać ani bronić. To aksjomat.

Tymczasem podstawy, na których opiera się szwedzki model socjalny, przez dziesięciolecia jego funkcjonowania były systematycznie podmywane. Zaufanie do państwa podkopuje ingerencja w prywatne życie obywateli. To logiczne: państwo płaci, państwo decyduje. O sprawach dziewięciu milionów obywateli dyskutuje armia anonimowych pracowników społecznych takich jak Monika. Często to osoby bez wykształcenia i bez przygotowania, kierujące się swoim wyobrażeniem na temat "porządnej" rodziny czy "właściwego" wychowania dzieci. Często dochodzi na tym tle do rodzinnych tragedii.

Tobias ma 27 lat i wykształcenie średnie. Gdy dowiedział się, że jego żona odchodzi, zgniótł szklankę w dłoni, jednym ruchem, jak gąbkę. Skóra przecięta w siedmiu miejscach. Nie pracuje już siedem miesięcy. Trzy miesiące temu państwo opiekuńcze odebrało mu dzieci – bo przecież on na zasiłku, matka odeszła, a dziadkowie, którzy pomagali Tobiasowi, są według pracowników pomocy społecznej za starzy. – Dzieci płakały, gdy zabrali je do innej rodziny. Syn może je odwiedzać tylko w weekendy, a my raz na miesiąc, żeby maluchy się od nas odzwyczaiły – mówi matka Tobiasa, zaplatając ręce (on sam o dzieciach nie chce rozmawiać). – Ale tam jest im lepiej. To dla ich dobra, jak szpital – dodaje po chwili dzielnie.

Henrik Berggren, sztokholmski publicysta i współautor książki "Czy Szwed jest człowiekiem", dowodzi, że ludzie godzą się na zależność od systemu, bo nie chcą być zależni od siebie nawzajem. Mają problem z bliskimi relacjami. – To paradoks, ale dzieje się tak, bo jesteśmy społeczeństwem indywidualistów – twierdzi. – Dlatego kolejne funkcje społeczne poprzerzucaliśmy na państwo.

Sypie się także protestancka etyka pracy. Dekady pracy w cieplarnianych warunkach rozleniwiły Szwedów. Opisując swój stosunek do pracy, używają określenia "lagon" – umiarkowanie, spokojnie, nie za dużo, nie za mało. To kraj, w którym gdy zostajesz po godzinach, szef może dać ci reprymendę: przemęczasz się, obniżasz swoją efektywność!

W dodatku obecne prawo pracy praktycznie uniemożliwia zwolnienia. Szwecja jest więc pełna ciepłych posadek, na których "lagon" można sobie egzystować do emerytury. Z miłymi przerwami na zwolnienia chorobowe, które pożerają rocznie kilkanaście procent z budżetu. Problem jest na tyle poważny, że w pragmatycznej Szwecji powstały specjalne oddziały policji społecznej do zwalczania nieróbstwa. Jeśli jej agent wytropi, że wziąłeś chorobowe i zamiast leżeć w łóżku grasz w tenisa, masz kłopoty.

Samych Szwedów najbardziej niepokoi problem trzeci, czyli imigracja, która stopniowo zaciera poczucie etnicznej jednorodności i wprowadza do szwedzkiego raju nieznane dotąd napięcia społeczne. Przez polityczną poprawność nie mówi się oczywiście o problemie z imigracją, tylko z integracją.

Do Rinkeby z centrum Sztokholmu jedzie się trzy kwadranse i ląduje w innym świecie. "Dzielnica wykluczenia", tak piszą o niej gazety. – Uważaj, to inny świat – ostrzegają sztokholmscy znajomi. Dziewczyny w mini i legginsach zostały gdzieś daleko – w Rinkeby królują dżelaby i czadory. Blond ulice to też nie tu – w blokowisku Rinkeby mieszają się maści Czarnej Afryki, Bliskiego Wschodu i Azji. Główny plac mógłby równie dobrze znajdować się w Damaszku czy Rabacie: godzinami przesiadują tu mężczyźni w galabijach lub z fezami na głowach. Ponad 80 procent jest bezrobotnych – ale to nie ich problem. Zasiłki sięgają 80 procent szwedzkiej pensji – nie mniej niż tysiąc euro.

Bo kto "dzielnicę wykluczenia" wyobraża sobie jako podmiejskie slumsy, ten dozna tu szoku. Jak na polskie standardy bloki Rinkeby są wręcz ekskluzywne. Ulice czyste, drogi równe, luksusowe szkoły i biblioteki. Gdy dwa lata temu na paryskich przedmieściach płonęły samochody, szwedzkie państwo opiekuńcze reagowało z dumą: takie rzeczy to nie u nas, w Rinkeby.
Jednak coraz więcej osób w Szwecji pyta o koszty takiej hojności. Z Martinem Kinnunenem umawiamy się na ulicy. – Sami nie traficie – przepowiada. I rzeczywiście: prowadzi nas przez podziemny garaż bloku w centrum Sztokholmu. Labirynt samochodów, potem ściana z kilkorgiem identycznych metalowych drzwi – zielonych, bez napisów. Za jednymi z nich wąskie schody w dół. Wreszcie pomieszczenie bez okien, z dużym stołem. Siedziba partii Szwedzcy Demokraci. – Nikt nam nie wynajmie porządnego biura. Natychmiast wybiliby w nim szyby. Kto? Lewicowi ekstremiści. Codziennie boję się, że mnie zaatakują – mówi Martin, blondyn z zadartym nosem i szwedzką flagą na klapie marynarki.

Martin jest szefem młodzieżówki Szwedzkich Demokratów. Tej nazwy nauczyliśmy się szybko – wymieniali ją wszyscy, których pytaliśmy o największe zagrożenie dla kraju. Neonazistowskie korzenie, populistyczne argumenty, coraz większe poparcie społeczne – przygotowywali nas na spotkanie z Martinem.

– My po prostu jako jedyni mówimy o imigracji – mówi on sam. – Szwecji nie stać na przyjęcie rzeszy cudzoziemców. Nie wiadomo nawet, ile oni dokładnie kosztują. Mówi się, że od 40 do 150 miliardów koron rocznie: ten brak precyzji jest niepoważny. Nie chcemy wyrzucić tych, którzy przyjechali. Chcemy zaostrzyć warunki przyjmowania nowych – mówi.

Po tygodniu spędzonym w "raju" dochodzę do wniosku, że wolę mieszkać na "ziemi". Cena za luksusowe autostrady, bezpieczeństwo socjalne i wisiorek z guzikiem na starość jest wysoka – kto żyje w szwedzkim modelu społecznym, musi pogodzić się z tym, że jest częścią systemu obejmującego wszystkie dziedziny życia.

Wiktor jest jedną z osób, w których państwowa propozycja buntowania się w ramach państwowego domu kultury Lawa budzi odruch buntu. W Szwecji nic nie można zrobić poza państwem – Wiktor przekonał się o tym, gdy z przyjaciółmi na własną rękę postanowił zbudować niezależną przestrzeń kultury. – Takie inicjatywy jak nasza dusi się w zarodku – mówi.

Zaczęli od squatu w dawnym gmachu telewizji w centrum Sztokholmu. Gdy zaczął tętnić życiem, policja ich wyrzuciła. Potem zaczął się dialog z władzami miasta. – Chcieli do nas dokooptować organizację rządową, proponowali duże pieniądze. Nie zgodziliśmy się. To wszystko oznaczało kontrolę – opowiada Wiktor.

Po czterech latach bojów, starań, podań i pozwoleń budują wreszcie coś swojego: dom z drewna i kontenerów kilkanaście kilometrów za miastem. Pomalowany na czarno Cyklopus z krzywymi, niesymetrycznymi oknami stoi pod lasem na łące. Pierwszy od 80 lat dom postawiony bez pomocy państwa na państwowej ziemi. Pierwszy, który nie musi być drewnianą willą z czerwonymi ścianami – autorzy stoczyli o to walkę z nadzorcami architektury krajobrazu.

Na inspekcje i pozwolenia wydali już 80 tysięcy koron – jedną trzecią inwestycji. Pieniądze pochodzą z koncertów i środowiskowej zrzutki. Co weekend w Cyklopusie pracuje przy budowie 20–30 osób. Wielkie otwarcie planują w środku lata – w kontenerach znajdą się kino i galeria, warsztat dziwacznych rowerów i kawiarnia. Znajdą się, jeśli policja pozwoli. Bo stale robi naloty, przysyła kolejnych inspektorów.

– Myślę, że państwo traktuje nas jak zagrożenie – mówi Wiktor, autor projektu domu, odrzucając na plecy czarne dredy. – To, że nie potrzebujemy państwowej pomocy, jest dla niego niebezpieczne. Bo ludzie mogą zacząć myśleć, że opieka systemu nie jest aż tak niezbędna.

Pozwolenie na budowę twórcy Cyklopusa mają na razie tylko na pięć lat. Liczą się z tym, że po tym czasie opiekuńcze państwo ich wyrzuci. Dom więc konstruują tak, aby w razie czego drewniane elementy dało się łatwo zapakować w kontenery. Załadują Cyklopusa na statek i popłyną gdzieś w dal. Byle dalej od szwedzkiego raju.

źródło[/url]

_________________
Image


Ostatnio edytowany przez jola 23 Lip 2008, 00:25, edytowano w sumie 6 razy

Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 29 Cze 2007, 00:33 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
o szwedzkiej gospodarce

Cytuj:
Wprost
Japończycy Europy
Numer: 45/2005 (1197)
*Skandynawska gospodarka - trzmiel z odrzutowym dopalaczem

Lasse ma 35 lat, żonę i dziecko oraz mieszkanko w centrum Helsinek. Gdyby nie podatki, dawno kupiłby dom nad zatoką. - Ale za to jesteśmy najlepsi, a to przecież kosztuje. Państwo, ma się rozumieć - tłumaczy. Finlandia na pierwszym miejscu, Szwecja trzecia, czwarta Dania, siódma Islandia, Norwegia dziewiąta. W ostatnim rankingu Światowego Forum Gospodarczego dotyczącym potencjału wzrostu kraje skandynawskie utrzymały pozycję najbardziej konkurencyjnego regionu świata. Do nordyckiego teamu zdołały się wcisnąć, na drugie miejsce, tylko Stany Zjednoczone.

Lot trzmiela
Trzmiel lata - poetycko mówi o swoim państwie Pr Nuder, szwedzki minister finansów. Skandynawskie gospodarki mogą przypominać ociężałego owada - są obarczone najwyższymi w świecie podatkami i rozbudowanym systemem świadczeń socjalnych. Mimo to trzmiel z północy lata wysoko, patrząc z góry na pogrążone w stagnacji i deficytach gospodarki na kontynencie. Skandynawia chlubi się szybkim tempem wzrostu gospodarczego, a tworzące ją państwa wykazują nadwyżki budżetowe.
- Kraje nordyckie mają wiele wspólnych cech przesądzających o ich konkurencyjności - zauważa Augusto Lopez-Claros, główny ekonomista Światowego Forum Gospodarczego. To stabilne tzw. otoczenie makroekonomiczne, przejrzystość i efektywność instytucji publicznych oraz efektywne wykorzystanie pieniędzy budżetowych. Innymi słowy, decydującym czynnikiem nie jest wysokość podatków, lecz sposób, w jaki wpływy z nich są wykorzystywane. - W Skandynawii - podkreśla Lopez-Claros - wysokie wpływy podatkowe pozwoliły stworzyć system edukacyjny światowej klasy. Sprzyjały ukształtowaniu się zmotywowanej i kompetentnej siły roboczej, kierowanej przez skłonne do współpracy i kompromisu związki zawodowe.
- Związki zawodowe w Szwecji przyjęły postawę aprobującą wobec szybko zmieniającego się świata - mówi tamtejszy minister pracy Hans Karlsson. Odrzucają protekcjonizm, a krytykowane przez związkowców w innych krajach przekazywanie na zewnątrz części zadań firmy, uznają za normalne. Pracownicy nie sprzeciwiają się restrukturyzacji gospodarki. Dzięki tej postawie kraje skandynawskie gładko przeszły trudny okres reform lat 80. i 90., co pozwoliło im skuteczniej stawiać czoło zaostrzającej się konkurencji w świecie.
W morzu łez, ale bez większych protestów społecznych w kilka miesięcy zlikwidowano nierentowne gałęzie przemysłu, czasem będące narodową chlubą, jak przemysł stoczniowy w Szwecji. Jednocześnie rosły nakłady na badania, które miały sprzyjać rozwojowi nowych branż o wysokim udziale najnowocześniejszych technologii. Światowa ekspansja fińskiej Nokii czy szwedzkiego Ericssona jest tego przykładem.
W trudnym dla gospodarki okresie rządy obcinały emerytury i zasiłki dla bezrobotnych - również bez protestów.

Cud w państwie Hamleta
Kilkanaście lat temu Skandynawia stała przed poważnym problemem bezrobocia. W Finlandii sięgało ono 18 proc. - dzisiaj we wszystkich krajach regionu spadło poniżej 6 proc. Inne państwa UE, borykające się z tym problemem, spoglądają z zaciekawieniem i zawiścią zwłaszcza ku Danii. W pięciomilionowym kraju partie centroprawicowe dodały do tradycyjnego modelu socjalnego neoliberalnych ingrediencji, tworząc receptę na zatrudnienie, znaną pod nazwą "elastycznego bezpieczeństwa", która pozwoliła od 1993 r. dwukrotnie zmniejszyć bezrobocie - do 5,9 proc. W państwie Hamleta pracownik nie ma gwarantowanej płacy i może zostać zwolniony praktycznie natychmiast. Ale może liczyć na rozległe świadczenia ze strony państwa.
28-letni Anders wrócił do Kopenhagi z weekendu w Paryżu. - Francuzi są OK, ale po co tyle demonstrują? - dziwi się. Z powodu protestu bezrobotnych, którzy zablokowali komunikację, omal nie spóźnił się na powrotny samolot. Anders sam szuka pracy, ale nie widzi powodu do protestów. Wprowadzona w Danii na początku 1994 r. reforma rynku pracy uczyniła z bezrobotnego osobę aktywną i odpowiedzialną za własny los, mającą prawo do wsparcia, ale podporządkowaną ścisłym regułom - kto ich nie przestrzega, naraża się na sankcje, z odebraniem zasiłku włącznie. Ubiegający się o pracę przechodzą sześciomiesięczne okresy wstępne (zwane "rozruchami"), w czasie których odbywają staże. Każdego roku w "rozruchu" pozostaje około 500 tys. Duńczyków. Mobilność pracowników jest duża - co roku 30 proc. osób zmienia zajęcie. Starający się o pracę bezrobotni Duńczycy, którzy stosują się do reguł (ich przestrzeganie jest ściśle kontrolowane), otrzymują zasiłek średnio w wysokości 90 proc. płacy.
Prawie 67 proc. duńskich bezrobotnych znajduje pracę w ciągu sześciu miesięcy. Maksymalny okres otrzymywania zasiłku, przy pełnej aprobacie związkowców, organizacji pracodawców i państwa, skrócono z 9 lat do 4 lat. W atmosferze zgody przyjęto słowa duńskiego ministra spraw socjalnych z końca 1999 r.: "Przedsiębiorcy powinni mieć swobodę przyjmowania i zwalniania pracowników". W rezultacie długookresowe bezrobocie w Danii spadło o połowę, przedsiębiorstwa nie wahają się przyjmować pracowników, a miejsca pracy powstają głównie w sektorze prywatnym. Według OECD, Dania sytuuje się dziś w grupie państw europejskich o najmniej restrykcyjnym ustawodawstwie gospodarczym.
Wielu ekonomistów uważa "duński cud" za trwalszy niż gospodarcze wzloty Holandii czy celtyckiego tygrysa - Irlandii. Osiągnięcie sukcesu przy utrzymaniu szczodrych świadczeń, od zasiłków dla bezrobotnych po tanią opiekę nad dziećmi, bezpłatną edukację i opiekę zdrowotną, nie obyło się bez kosztów. Należą do nich wysokie ciężary fiskalne. Nie tak monstrualne jak w latach 70., kiedy szwedzka pisarka Astrid Lindgren musiała płacić podatek w wysokości 102 proc., a reżyser Ingmar Bergman po przesłuchaniu przez podejrzewających go o oszustwa podatkowe urzędników doznał załamania nerwowego i wyjechał ze Szwecji. Podatki w Skandynawii stanowią wciąż około 50 proc. PKB, podczas gdy w państwach anglosaskich - 35 proc.

Kiepskie karaoke
Wiele szwedzkich firm nadal krytykuje system podatkowy jako zbyt uciążliwy, dlatego niektóre koncerny, m.in. IKEA czy Tetra Pak, wolą działać poza terytorium macierzystej Szwecji. Mimo to przedsiębiorcy dostrzegają też atuty pracy w Skandynawii, równoważące niedogodności stwarzane przez fiskusa. Zaliczają do nich odpowiedzialną i elastyczną postawę pracowników i związkowców. Załoga firmy Getinge wytwarzającej sprzęt medyczny w każdy czwartek ustala, ile godzin będzie pracowała w następnym tygodniu - mniej niż 40, jeśli zmniejszają się zamówienia i dostawy, albo w godzinach nadliczbowych bez dodatkowego wynagrodzenia, jeśli rosną.
Choć czasem słychać, że Skandynawia zawdzięcza boom głównie dobrej koniunkturze - na norweską ropę, szwedzką stal czy fińską celulozę - która może przeminąć, większość ekonomistów przepowiada w najbliższych latach całemu regionowi stabilny wzrost w wysokości 2-3 proc. rocznie. Pokusy skopiowania tego sukcesu rodzą się w różnych miejscach Europy. Tyle że przeszczep nordyckiego modelu wymaga spełnienia warunków, które gdzie indziej mogą się wydać nierealne. Nie bez kozery Szwedzi bywają nazywani Japończykami Europy. Skandynawskie recepty kojarzą się czasem z socjalizmem, czasem trącą liberalizmem. Proste naśladownictwo - przestrzega były duński premier Poul Nyrup Rasmussen - może się zamienić w kiepskie karaoke.
Autor: Waldemar Kedaj
Współpraca: Małgorzata Zdziechowska

źródło

_________________
Image


Ostatnio edytowany przez jola 24 Wrz 2008, 00:07, edytowano w sumie 2 razy

Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 21 Lip 2008, 23:58 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
dziwna jednak ta Szwecja:

Cytuj:
Zabrali nam dzieci za klapsa
Agnieszka Czajkowska, Szwecja 2008-07-21, ostatnia aktualizacja 2008-07-21 09:40:54.0

Urzędniczka z "socjalu" mówiła, że dla dobra sprawy nie powie, gdzie są dzieci. I że Wolscy powinni poszukać sobie adwokata. Ewa pomyślała, że to jakaś pomyłka. Znowu coś źle zrozumiała po szwedzku.

Szkoła w Karlstad w środkowej Szwecji zainteresowała się Wolskimi już w marcu. W klasie Kamila nauczycielka przeczytała opowiadanie o ojcu, który uderzył syna. Potem zapytała dzieci:

- Może ktoś z was przeżył podobną historię?

Ośmioletni Kamil Wolski nieśmiało podniósł rękę do góry: - Ja też czasami dostaję od mamy i taty.

To był pierwszy sygnał. Potem wuefista zauważył, że Kamil ma jakieś siniaki, ale chłopiec jest bardzo ruchliwy, więc nie był pewien.

Od tamtego czasu Ewa Wolska, mama Kamila, była w szkole kilka razy: - Usłyszałam jedynie, że synowie są zdolni, choć mają kłopoty z adaptacją. Żadnych podejrzeń.

Pod koniec maja szkoła zaalarmowała służby socjalne. Kamila i jego starszego brata Maćka przesłuchały pracownice socjalne. Nagranie z tej rozmowy jest dowodem w sprawie.

No to jedziemy do Szwecji

Lekarska rodzina przyjechała z Polski do Szwecji na trzyletni kontrakt. Wcześniej Piotr, mąż Ewy, uczył się szwedzkiego na kursie z innymi lekarzami z Polski. Ona poznawała język na miejscu.

W Polsce nie było im tak źle.

Ewa: - Ta emigracja to nie dla pieniędzy. Piotrek miał gabinet i robił karierę na uczelni.

Hasło "Szwecja" padło pewnego letniego wieczoru na tarasie wynajętego apartamentu w Chorwacji. Byli na wakacjach nad Adriatykiem. Wolscy i siostra Ewy z rodziną. Ktoś przeczytał artykuł o anestezjologu z Polski, który wyjechał do Szwecji i był zachwycony.

Ewa: - To była szalona myśl: może spróbować, skoro tam tak fajnie? Moja siostra, też lekarka, przekonywała, że jakby co, to mamy do czego wrócić.

Piotr dostał pracę w klinice w małej miejscowości w środkowej Szwecji. Ośmioletni Kamil i dziesięcioletni Maciek poszli tam do szkoły.

Po roku, jak już się trochę oswoili, Ewa zaczęła szukać pracy. Znalazła dobrą ofertę w oddalonym od ich miejscowości o 100 km Karlstad, malowniczym kurorcie nad jeziorem.

Rodzina się rozdzieliła. Ewa z chłopcami zamieszkała w kurorcie nad jeziorem. Maciek i Kamil poszli do nowej szkoły. Piotr widywał żonę i synów tylko w weekendy.

Jesteś dobrą matką

Pod koniec maja Ewa odebrała dziwny telefon. Dzwoniła urzędniczka z "socjalu". Mówiła coś o dzieciach. Że dla dobra sprawy, nie powie, gdzie są. I że Wolscy powinni poszukać sobie adwokata.

W pierwszej chwili pomyślała, że to pomyłka. Znowu coś źle zrozumiała po szwedzku.

Pobiegła do urzędu socjalnego. Tam dowiedziała się, że synów zabrano ze szkoły. Każdy dostał swojego adwokata.

Urzędniczka była bardzo młoda i zdystansowanym tonem oznajmiła: - Policja zarzuca wam, że znęcacie się nad dziećmi. Na razie chłopcy nie wrócą do domu.

Ewa: - Wyszłam stamtąd i usiadłam na chodniku. Zaczęłam ryczeć. Boże, jak ja wrócę do pracy? Co ja powiem Piotrkowi?

Zaczęła się obwiniać: biję Maćka i Kamila? Aż tak, że muszą ich od nas zabierać? Analizowała w nieskończoność - karmiła ich piersią, siedziała z nimi w domu, kiedy Piotrek pisał doktorat, chodziła z nimi na rolki, grała w nogę jak facet.

Szwedzcy koledzy z pracy, widząc jak się męczy, próbowali ją pocieszyć. Zostawiali jej karteczki na biurku: "Ewa, trzymaj się, jesteś przecież dobrą matką".

Szwedzi nie tolerują klapsów

Mecenas Jerzy Misiowiec, od 30 lat pracuje w Sztokholmie: - Sprawa Wolskich jest typowa. Polacy przeżywają tu szok kulturowy. W całej Skandynawii bicie dzieci jest zakazane i traktowane jak przestępstwo. Nie toleruje się nawet klapsów. Nam się wydaje, że klepnięcie w pupę jest niewinne, a w Szwecji za to staje się przed sądem.

Jeśli Szwedzi uznają, że dzieciom dzieje się krzywda, państwo przejmuje nad nimi opiekę. Reguluje to specjalna ustawa o przymusowej opiece państwa. Rodziców biorą pod lupę służby socjalne, które mają prawo tymczasowo odebrać im dzieci. Szukają dla nich rodziny zastępczej na czas wyjaśnienia sprawy przez sąd. Państwo zapewnia dzieciom bezpłatną opiekę prawną.

Mecenas Misiowiec: - Rzadko takie sprawy kończą się powrotem do domu. Szwedzi dają państwu duże przyzwolenie na interwencję w sprawy rodziny.

Szwecja jako pierwsza w Europie wprowadziła w 1979 r. całkowity zakaz bicia dzieci. Jej śladem poszły inne kraje skandynawskie.

Dr Klara Hradilova Selin, socjolog z Rady Zapobiegania Przestępczości w Sztokholmie: - Zanim zaczęło obowiązywać nowe prawo, przez kraj przetoczyła się wielka dyskusja. Szwedzi uważają, że kary fizyczne to najbardziej poniżająca metoda dyscyplinowania dzieci. Świadczy o bezsilności dorosłych i nie daje efektów. A z pozoru niewinny klaps może zamienić się w katowanie. Bo co zrobi rodzic, kiedy zauważy, że klapsy już nie wystarczają?

Dr Hradilova Selin jest przekonana, że zakaz przyniósł efekty: - Mamy coraz mniej poważnych przypadków bicia dzieci, to 6-7 spraw rocznie w całym kraju.

Ze statystyki wynika jednak, że wzrasta liczba zgłoszeń o przemocy w rodzinie. Ale dr Hradilova Selin tłumaczy: - Świadomość społeczna jest większa. Ludzie częściej reagują na niepokojące sygnały. Taki zakaz ma też wymiar symboliczny i zmienia mentalność: to nie jest fajne, że bijesz swoje dziecko.

Tylko patrzył mi w oczy

Yessica ma 26-lat i nie pamięta, żeby rodzice choćby pociągnęli ją za ucho. Pracuje w dużej firmie telekomunikacyjnej. Do stolicy przyjechała z drugiego krańca kraju, z Göteborga. Wychowała się w typowej szwedzkiej rodzinie. Mama, tata i trójka dzieci w małym drewnianym domku z ogrodem. Kiedy córki dorastały, rodzice się rozwiedli. Każde ma dziś nowego partnera.

Yessica: - Nawet nas nie straszyli, że dostaniemy, bo nie wiedziałybyśmy, o co chodzi - śmieje się. - Nie byłyśmy aniołami, to jasne. Kiedy coś przeskrobałam, ojciec tylko patrzył mi w oczy tak znacząco.

Szwedzcy psycholodzy doradzają rodzicom, że w ostateczności mogą mocnej przytrzymać swoje dziecko za ramiona. Tak też robił czasami ojciec Yessiki. To był sygnał, że przesadziła.

Pamięta też długie rozmowy. Rodzice tłumaczyli, czego nie wolno, a co jest słuszne.

Chłopak Yessiki jest po trzydziestce, ale też nie pamięta, żeby kiedykolwiek rodzice go bili. O laniu pasem słyszał od dziadka, którego ojciec karcił w taki sposób. Jego własnego ojca pasem już tylko straszono.

Yessica: - Ale nie myśl, że żyjemy w raju. Co jakiś czas media donoszą o jakimś strasznym przypadku. Najczęściej dzieci tłuką ludzie, którzy piją albo ćpają. Wtedy przez miesiąc mamy tu wielką dyskusję.

Lotta Dagna jest szefową 12-osobowego zespołu pracowników socjalnych, którzy opiekują się rodzinami na peryferiach Sztokholmu. Mówi, że najwięcej zgłoszeń o biciu dzieci przychodzi z policji i ze szkoły. - Zadzwonić może każdy, a my musimy zareagować. Przepisy mówią, że obowiązek zgłoszenia takiej sprawy mają nauczyciele, lekarze, terapeuci, pielęgniarki. Ale dzwonią też zaniepokojeni sąsiedzi.

Dość mam tej Szwecji

Busy służb socjalnych zabrały Maćka i Kamila w piątek po lekcjach. Ewa słyszała na osiedlu, że przyjechali też po dzieci azjatyckie, afrykańskie i arabskie. Pomyślała: jak oni mogli nam to zrobić akurat przed weekendem? Do Karlstad natychmiast przyjechał Piotr.

Mówi niewiele: - Dość mam tej Szwecji. Gdyby nie kontrakt, wsiadłbym w auto i wrócił. To absurdalne. Zabrać dzieci, bo rodzice dali im w tyłek.

Piotr odpowiada szybko i nerwowo. Rozmowa go irytuje: - Przecież my kochamy synów. Nigdy nie zrobilibyśmy im krzywdy.

Od początku to Ewa wzięła sprawę w swoje ręce. Zaalarmowała polski konsulat w Sztokholmie, wydzwaniała do siostry i znajomych w kraju. Szukała adwokata, który mówi po polsku. Poprosiła siostrę, żeby wysłała jej opinię ze szkoły w Polsce, do której chodzili chłopcy. Dyrektorka ją lubiła, przecież działała w komitecie rodzicielskim.

Tłumaczy męża, że "zawsze taki był": - Zajęty pracą, potem pisaniem doktoratu, gabinetem. Nigdy nie był specjalnie gadatliwy, ale wiem, że bardzo to przeżywa - mówi Ewa. - Pierwszy raz widziałam, jak się popłakał przy obcym człowieku. Ta sytuacja go dobija.

Dobija ich oboje. Zadręczają się pytaniem, jak mogło ich coś takiego spotkać? Oboje pochodzą przecież z dobrych rodzin. Ojciec Piotra jest ordynatorem w Polsce. A tu potraktowano ich jak margines.

- Mąż uważa, że można dać klapsa?

Ewa: - Tak myślę. I wie pani co? Ja kiedyś też dostałam od ojca lanie, bo późno wróciłam do domu i jeszcze napyskowałam. Ale właściwie nie mam do niego pretensji.

Każde dziecko ma swoją drogę

Ewa codziennie po pracy biega do socjalu. Nie mówią jej, gdzie są chłopcy. Nie pozwalają do nich zadzwonić. Obiecują, że niedługo ich zobaczy. W końcu Wolscy dostają adwokata z urzędu, Szweda. Na policji zasypują ich pytaniami.

Policjantka: - Jak pani może wmawiać synom, że lepsza szkoła da im lepszą przyszłość?

Ewa Wolska: - A czy to nie jest prawda?

Policjantka: - Może pani tak uważa, ale każde dziecko ma swoją drogę życiową. Nie wolno nic narzucać.

Kazali jej opisywać, kiedy i jak biła Kamila, bo on skarżył się najbardziej.

Mówił, że mama bije go codziennie. Podał nawet liczbę: "Dostałem lanie ze 100 razy, a mój brat z 50. Mama straszy. Jak się nie chcę uczyć, to kładzie pas na biurku i mówi, że zaraz dostanę w tyłek. Tato czasami też da klapsa. Jak przyjeżdża na weekend do domu. Czasami się chowam pod stół, kiedy lata za mną po mieszkaniu".

Starszy chłopiec Maciek potwierdził, że może ze dwa razy widział, jak mama trzepnęła brata. Ale to nic takiego.

Kamila obejrzał lekarz, ale nie stwierdził jednoznacznie, że ma ślady po biciu.

Policjantka: - Dlaczego zwraca się pani do synów słowami: "Bo cię zaraz zabiję!"?

Ewa: - Przecież czasami tak się mówi. To znaczy nie wiem, w Polsce tak mówimy, ale nie mamy tego na myśli.

Wolskich wezwały też służby socjalne. Przepytywali ich w osobnych pokojach.

Ewa: - Pytali o seks, o partnerów przed ślubem, o nasze małżeństwo, co lubią nasi synowie i jak spędzamy wolny czas. Oni są przekonani, że wymarzyłam sobie, że synowie pójdą na medycynę.

Prowadząca ich sprawę urzędniczka dopytywała się, dlaczego żyją osobno. Ewa tego nie rozumie: wszędzie takie pytanie jest uzasadnione, ale nie w Szwecji.

Ewa: - Co druga szwedzka rodzina tak funkcjonuje. Oni masowo wyjeżdżają do Norwegii do pracy. Musiałam się tłumaczyć, że nie jesteśmy w separacji.

Po przesłuchaniu szwedzki adwokat zasiał ziarnko nadziei: - Nie mają przeciw wam mocnych dowodów.

Sprawa o bicie dzieci trafiła do prokuratury w Karlstad.

Nastolatki dzwonią na policję

Psychoterapeutka Izabela Tornberg-Papanicolaou (Polka z pochodzenia), matka trójki dorosłych dzieci, zaangażowała się niedawno w sprawę 14-letniej Oli, córki polskich emigrantów. Matka dziewczyny błagała o pomoc. Pewnego dnia jej córka zgłosiła pracownikom socjalnym w Sztokholmie, że rodzice się nad nią znęcają.

Tak naprawdę matka zabroniła Oli późnych powrotów z dyskoteki i biegania z pępkiem na wierzchu.

Izabela Tornberg-Papanicolaou: - Tymczasem wolny seks, noce kluby i modne ciuchy to są podstawowe prawa szwedzkich nastolatków. Sprawa dziewczyny wisiała na włosku. Już miała trafić do rodziny zastępczej, a matka miałaby tylko kłopoty w sądzie. Udało mi się ją przestraszyć, że to, co robi, może mieć nieodwracalne skutki.

Ola wycofała oskarżenie. Psychoterapeutka opowiada, że w Szwecji nie stawia się ocen aż do szóstej klasy podstawówki. Powód? Nie wolno stresować ani zmuszać dzieci do współzawodnictwa.

Mecenas Jerzy Misiowiec reprezentuje przed sądem Polkę, która walczy o córkę od trzech lat. Dziś Agnieszka jest 17-latką. Kiedyś wykręciła numer policji i zwierzyła się, że matka ją bije. Od tamtej pory zalicza kolejne rodziny zastępcze. Tylko w jednej czuła się dobrze, ale tamto małżeństwo przeprowadziło się do innego miasta.

W ubiegłym tygodniu szwedzki sąd nie zgodził się, żeby Agnieszka wróciła do matki. Tym razem argumentem stała się ona sama: kopnęła kubeł na śmieci w szkole, nie słuchała szwedzkich opiekunów, do domu wracała nad ranem. Osobowość asocjalna.

Mecenas Misiowiec: - Dawno wycofała się z dziecięcych opowieści: przyznała, że wszystko wymyśliła, żeby dopiec matce. Sprawę o bicie umorzono. Lecz dla sądu najwyraźniej to nic nie znaczy.

Matka Agnieszki czuje się skrzywdzona przez szwedzki wymiar sprawiedliwości. Ale milczy. Nie szuka pomocy w polskim konsulacie. Boi się, że dowiedzą się jej szefowie i straci pracę szkolnego pedagoga.

Mecenas Misiowiec: - Znam przypadki rodzin, które zabierały dzieci i uciekały do Polski. I tyle ich Szwedzi widzieli. Nie ma procedur, które nakazywałyby takich ludzi ścigać.

Pokemony

Maciek i Kamil swój pierwszy w życiu tydzień bez mamy i taty spędzili w szwedzkiej rodzinie zastępczej. Maćka wysypało od stóp do głów. Jest alergikiem, a w tamtym domu było mnóstwo zwierząt.

W piątek na początku czerwca Ewa odebrała kolejny telefon z "socjalu": - Warunkowo oddamy wam dzieci. Musicie się zresocjalizować i zmienić metody wychowawcze - usłyszała.

Maciek ma długie jasne włosy jak typowy szwedzki chłopiec, mówi szybko i niewyraźnie jak tata : - Tam były owce, koty, psy, kozy. Ale zabawek nie mieli.

Kamil obcięty jak rekrut, duże niebieskie oczy: - U tych Szwedów to nawet klocków lego nie było. Codziennie tęskniliśmy do mamy.

Kiedy pytam, dlaczego zabrano ich do rodziny zastępczej, spuszczają wzrok albo spoglądają na mamę.

W końcu starszy Maciek nie wytrzymuje: - Bo Kamil nagadał w szkole, że rodzice nas biją.

Ewa: - Biją, biją? W Szwecji istnieje na to ze dwadzieścia określeń. Ja ich nigdy nie biłam. Może dałam klapa albo przez łeb. Niech mi pani wierzy, bywają nieznośni.

Maciek przeczuwał, że coś się święci, kiedy w tamten piątek zamknęli im rowery w szkole. Po lekcjach podjechały busy: - No i my i jeszcze inne dzieciaki zaczęliśmy uciekać - opowiada. - Nie chcieliśmy wsiadać do tych aut. Nauczycielka powiedziała, że mama o wszystkim wie. Akurat.

Kamil: - Płakaliśmy tylko wieczorem. Tamci państwo mówili nam, że zostaniemy u nich jeszcze tylko jeden dzień.

Teraz opowiada matce, że w szkole po lekcji o chłopcu, którego uderzył ojciec, zabierali ich po kolei do takiego specjalnego pokoju prawdy. No to powiedział o klapsach.

Codziennie specjalny bus podwoził chłopców do szkoły w Karlstad. Ewa nawet o tym nie wiedziała, choć mieszkają jakieś 200 m dalej. Tylko kiedyś znalazła dziecięcy rysunek w skrzynce pocztowej.

To Kamil uciekł z ostatniej lekcji i podrzucił go mamie. Narysował walkę pokemonów.

Inne dzieci, które razem z małymi Wolskimi zabrano ze szkoły, jeszcze nie wróciły.

Rodzice na terapię

Wolscy odzyskali chłopców pod warunkiem, że zgodzą się na terapię rodzinną. Mówią, że dla synów zrobiliby wszystko, choć nie czują się winni.

Spotkania zaczną się jesienią. Zawiadomienie przyszło pocztą: "Kurs dla rodzin, w których występuje zjawisko przemocy".

Dr Hradilova Selin z Rady Zapobiegania Przestępczości w Sztokholmie twierdzi, że terapia rodzinna się sprawdza: - Poznają alternatywne metody wychowawcze. Ja pochodzę z Czech. Mam dwóch synów i zdarzało mi się ich uderzyć. Teraz tego nie robię.

Sama stosuje szwedzkie metody wychowawcze. Jej synowie zbierają fasolki. W kuchni stoją dwa słoje. Wygrywa ten chłopiec, którego słoik wypełni się po brzegi fasolkami.

Hradilova Selin: - Pełny słój to nagroda. Chodzimy do kina, jeździmy na wycieczki i jemy lody. Jeśli są niegrzeczni, to fasolek ubywa. To działa. Bardzo się starają, żeby słoiki były pełne.

Szwedzki dziennikarz polskiego pochodzenia Maciej Zaremba opowiada mi, że metody wychowawcze opracowują specjalni konsultanci. To coś takiego jak nasza superniania - uczą rodziców, jak poradzić sobie z niesfornymi maluchami.

Maciej Zaremba: - Zamiast klapsa trzeba milczeć. Dziecko było niegrzeczne, więc matka nie odzywa się do niego przez jakiś czas. Właściwie to może być gorsze od kary cielesnej.

Tutejsi psychoterapeuci mówią też o tym, że w chwili wzburzenia warto policzyć do dziesięciu, zamiast wymierzać klapsa.

Specjaliści uczą rodziców, że najważniejszy jest czas poświęcony dziecku. Stąd w Szwecji długie urlopy macierzyńskie. Na ulicach pełno jest młodych ojców, którzy prowadzą przed sobą wózek z dzieckiem.

Wolskich czeka jeszcze sprawa karna. Wkrótce prokuratura zdecyduje, czy kierować ją do sądu.

Precedens na klapsa

Dr Klara Hradilova Selin z Rady Zapobiegania Przestępczości: - Absolutnie powinniście wprowadzić podobne prawo w Polsce. Pomyłki? Mogą się zdarzyć, ale lepiej przesadzić, niż zaniedbać.

W ubiegłym roku sąd uniewinnił Szweda, który dał kilka klapsów swojej 7-letniej córce. Hugo Rosvall był z nią właśnie na badaniach kontrolnych. Mała bała się zastrzyku. I nagle wypaliła do pielęgniarki: - A wie pani co! Ja muszę czasem dzwonić do mamusi, bo tatuś mnie bije po pupie.

Konsternacja. Pielęgniarka: - Proszę pana, ja przepraszam, ale muszę to zgłosić.

Ojciec przed sądem przyznał, że się kiedyś wściekł i klepnął Sandrę w pupę.

Sąd nie potraktował klapsa jako bicia. Uznał, że "działanie ojca nie sprawiało dotkliwego bólu, nie było uporczywe i ciągłe i raczej miało charakter incydentalny".

Mecenas Jerzy Misiowiec ma zamiar powoływać się na ten precedens w sprawach dotyczących polskich rodzin: - No bo nie dajmy się zwariować.

Kamil i Maciek marudzą rodzicom, że chcą wracać do Polski. Ale ojcu do końca kontraktu został jeszcze ponad rok. Mamie szkoda nowej pracy. Na razie zabrała synów na wakacje do Polski. Niedługo dołączy do nich Piotr i wyjadą znowu do Chorwacji.

Ewa: - Pójdziemy na tę terapię. Nazwa mi się nie podoba, ale może coś mi podpowiedzą.

Jestem pewna, że już nigdy nie uderzę swoich synów. Spróbuję nie podnosić na nich głosu.

Zastanawiam się, jaka ja byłam. Może to jednak było złe?

Imiona i nazwiska niektórych bohaterów tekstu na ich prośbę zostały zmienione

Agnieszka Czajkowska, Szwecja

http://wyborcza.pl/1,91566,5474691,Zabrali_nam_dzieci_za_klapsa.html

_________________
Image


Ostatnio edytowany przez jola, 21 Lip 2008, 23:59, edytowano w sumie 1 raz

Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 22 Lip 2008, 18:13 
Offline
Generalissimus domownikuss

Dołączenie: 23 Cze 2007, 13:39
Posty: 1945
Czytałam to wczoraj w gazecie i powiem, że zrobiło na mnie straszne wrażenie. Nie wiemy do końca czy dzieci były faktycznie bite ale nie podoba mi się to że wykształcona matka mówi do dziecka że je zaraz zabije.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 23 Lip 2008, 00:24 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
a co Cie przeraziło Zuzanna, postawa rodziców czy (nad)opiekuńczego państwa??

_________________
Image


Ostatnio edytowany przez jola, 23 Lip 2008, 00:27, edytowano w sumie 1 raz

Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 23 Lip 2008, 12:49 
Offline
Gazda z Farfurni
Awatar użytkownika

Dołączenie: 07 Sie 2007, 10:56
Posty: 2480
Miejscowość: tam, gdzie wrony zawracają
Strzelanie z armaty do muchy :???:
Oczywiście, że rodzic nie powinien się tak odezwać, ani traktować klapsów jako metody wychowawczej. Ale przekazanie dzieci rodzinie zast. jest dla dziecka dużo gorszym rozwiązaniem.
Terapia - czy może raczej zajęcia z przekazywania komunikatów przydadzą się każdemu, przecież dużo trudniej zdobyć prawo jazdy niż zostać rodzicem.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 23 Lip 2008, 20:50 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
a państwo, które tak mocno ingeruje w rodzinę? jak to nazwać?? robi za jakiegoś nadrodzica. Dzieci zostały wyłapane na podstawie śledztwa w klasie. pani przeczytała opowiadanie, wystarczyło zgłoszenie dzieci. Rodzicom nie dano szans na omówienie sytuacji, pokazanie jak wygląda ona z ich strony. Panstwo tak naprawdę pokazało gdzie jest miejsce rodziców. To nie rodzina tworzy całośc. To przede wszystkim państwo i dzieci, a potem w szeregu rodzice. Jak nauczą się reguł i będa uzywać odpowiednich słów, to państwo łaskawie pozwoli opiekowac się ich dziećmi.
Przecież to małżenstwo nie zmieni stosunku emocjonalnego do dzieci po kursach. Oni po prostu po kursach zaczną uzywać odpowiedniego słownictwa i gestów. Nie wierzę, żeby w taki sposób mozna było zmienić swiat na lepszy.

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 24 Lip 2008, 01:38 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
Nie podoba mi sie taka procedura jak w Szwecji, nie jest dobre dla dzieci separowanie ich od rodziców, co innego gdyby były notorycznie bite, wtedy trzeba bybłoby odseparować je ze względów bezpieczeństwa, natomiast wstępna rozmowa powinna pokazać, jakich czynów dopuszczali sie rodzice i jesli np. klapsy,straszenie, szarpanie, to razcej wystarczyłoby przyznanie kogos na kształt kuratora, wysłanie na obowiązkowy kurs itd... i dopiero gdyby to nie dało efektów- zabranie dzieci.

Chociaz z drugiej strony to jest taka terapia wstrząsowa dla rodziców, nawet jesli nie zmienia sie mentalnie, to będa sie bali powtórzyc czyny, bo będą wiedzieli, czym to grozi...

zaniepokoiło mnie jednak zdanie adwokata, że zabrane dzieci rzadko wracaja do rodziców... te akurat wróciły...

zauważcie co ta matka mówi na koniec, widać, że zaczęła wreszcie myslec nad swoim postępowaniem, a nie tylko obwiniac synów, że to oni byli niegrzeczni...

Cytuj:
Jestem pewna, że już nigdy nie uderzę swoich synów. Spróbuję nie podnosić na nich głosu.

Zastanawiam się, jaka ja byłam. Może to jednak było złe?


czyli terapia wstrząsowa działa...

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Ostatnio edytowany przez Haniutka, 24 Lip 2008, 01:39, edytowano w sumie 1 raz

Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 24 Lip 2008, 06:22 
Offline
Generalissimus domownikuss
Awatar użytkownika

Dołączenie: 18 Cze 2007, 19:42
Posty: 2870
Pozostaje pytanie jak ta terapia podziała na dzieci.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 24 Lip 2008, 10:11 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
mnie też zastanowiło ostatnie zdanie rodziców. Skojarzyło mi się z dobrym wytresowaniem.

Terapia weszła szturmem w rodzinny świat, ciekawe jak to zadziała na dzieci, kiedy bedą dojrzewać, czy wtedy nie będą wykorzystywać tej dodatkowej broni danej przez państwo przeciwko rodzicom.

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 24 Lip 2008, 16:28 
Offline
Generalissimus domownikuss
Awatar użytkownika

Dołączenie: 17 Cze 2007, 01:15
Posty: 2960
Miejscowość: Warszawa
Jak dla mnie terapia ok, ale zabranie dzieci rodzicom bez uprzedzenia to skandal - no chyba, ze rodzice stanowiliby zagrożenie dla życia tych dzieci, a chyba tu takiej sytuacji nie było.

Zastanawiają mnie tylko te klapsy po których były ślady. Co prawda jak by ktoś popatrzył na moje dzieci, które posiniaczone są niemiłosiernie - szczególnie Zosia, to też mógłby jakieś okropieństwa pomyśleć. Chyba nie wybiorę się w najbliższym czasie do Szwecji :cool:


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 25 Lip 2008, 10:21 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
Cytuj:
Terapia weszła szturmem w rodzinny świat, ciekawe jak to zadziała na dzieci, kiedy bedą dojrzewać, czy wtedy nie będą wykorzystywać tej dodatkowej broni danej przez państwo przeciwko rodzicom



Moze sie myle, ale sądzę, że jesli dzieci miałyby dobry kontakt z rodzicami pomimo klapsów, czy czegos takiego ( bo jak sadzę po przykładzie Marie, i moim z dzieciństwa jest to mozliwe)
to raczej wiedząc, że moga być zabrane od rodziny, nie zgłoszą fałszywego, a nawet prawdziwego bicia. Jesli dziecko zgłosi fałszywe/prawdziwe bicie, mimo, ze juz wie po pierwszym razie, że grozi to zabraniem od rodziców i umieszczeniem w rodzinie zastepczej, to znaczy, że w tej rodzinie jest problem, skoro dziecko chce byc od rodziny zabrane i woli mieszkac z obcymi ludźmi. Może w takim domu nie ma przemocy fizycznej i dziecko to zmysliło, ale sa inne dysfunkcje...

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Ostatnio edytowany przez Haniutka, 25 Lip 2008, 10:23, edytowano w sumie 1 raz

Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 25 Lip 2008, 11:12 
Offline
domownik

Dołączenie: 02 Lip 2008, 17:13
Posty: 49
Miejscowość: dolnośląskie
Czytałam i w szoku byłam.Bo zastanawia mnie fakt- jak dzieci mogły się poczuć, strach,przerazenie, ogólna niewiedza i szok w obcym kraju. Dla nich to terapia szokowa- będą bali się cokolwiek powiedzieć w przyszłości, bo może ktoś uzna np że to już przemoc nawet jak ściśnie mocniej za rękę. Czy to nie zawazyło na ich psychice?
A rodzice- są tacy którzy nie przebierają w środkach, są też tacy którzy analizują prawie każde wypowiedziane słowo, ale faktem jest, że zupełnie nie dopuszczono do głosu drugiej strony, przedstawienia swojej wersji. Ja drżę jak moje dzieci sa :-x me gdzieś są dłużej a tu odebranie ich , chyba bym oszalała.

_________________
Aga


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 25 Lip 2008, 20:56 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
Anka, wow, jaki awatar wakacyjny:)

a co myślicie o tym fragmencie przesłuchania:

Cytuj:
Policjantka: - Jak pani może wmawiać synom, że lepsza szkoła da im lepszą przyszłość?

Ewa Wolska: - A czy to nie jest prawda?

Policjantka: - Może pani tak uważa, ale każde dziecko ma swoją drogę życiową. Nie wolno nic narzucać.

?????
to jedne z zarzutów, nie tylko bicie jest złe.
przecież to czysta ideologia

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 26 Lip 2008, 08:33 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
no to juz jest przesada, ale pamietajmy, ze szwecja to inna kultura...

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 15 Wrz 2008, 16:15 
Offline
domownik zasiedziały

Dołączenie: 13 Sty 2008, 21:59
Posty: 669
Miejscowość: Kraków
A tu sie nie zgadzam, to nie kultura, tylko trend w państwach zachodnich. Tam sie ostro ingeruje w sprawy rodzinny, a rodziny po cichutko rezygnuja z coraz to wiekszej ilość decyzji dotychczas w ich gestii. Wybór szkół dla swojego dziecka etc...... Państwo nadrodzić jak Jola pisała. Dla mnie zgroza!!!!!

_________________
Anna 92 Konstanty 94 Ludwik 96 Maksymilian 99 Franciszek 2001 Maria 2005


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 15 Wrz 2008, 16:45 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Ostra dyskusja na ten sam temat.
http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html? ... w=84440934


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 09 Lut 2009, 19:09 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
ciekawy artykuł o pokoleniu "urażonych" w Szwecji

W 2004 roku Narodowy Instytut Zdrowia zwrócił się do obywateli z pytaniem, czy czują się urażeni. Szwedzi być może nie rozważali takiej możliwości, ale skoro państwo wyszło z propozycją? Prawie co czwarty poczuł się świeżo urażony - i dyskryminowany! Więc Instytut ogłosił nową dolegliwość narodową: okazało się, że urażeni mają nieco wyższe ciśnienie i czują się odrobinę paskudniej niż ci jeszcze nie urażeni. W co nie ma powodu wątpić.

Urażony to ktoś taki:

obrażania się najczęściej uciekają się osoby z zachwianym poczuciem własnej wartości, które nie znajdują w życiu potwierdzenia. To znakomita broń w ręku słabego. Ćwiczymy repliki. Do urażonego należy się zwracać, ważąc każde słowo, by nie urazić go ponownie. Już wtedy ma pewną przewagę. Jak zatem odpowiadać?

Na to nie ma odpowiedzi, mówi teolog Ann Heberlein. „Uraziłeś mnie” to conversation stopper, replika, która nie pragnie dialogu, chce tylko oddalić się od sedna sprawy. Urażony wylewa nam swoje uczucie na kolana, byśmy mogli przyjrzeć się naszej winie - sam nie ma w tym żadnego udziału ani odpowiedzialności. Przede wszystkim zaś nie chce słyszeć „wcale nie chciałem”.


trudno funkcjonowac obok urażonego, ale jeszcze trudniej, gdy instytucja urażonego ma obrońce w postaci prawa państwowego.
Tutaj więcej takiej rzeczywistości, i to wcale nie jest science fiction
brrr

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 16 Paź 2009, 14:08 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
he, he
właśnie dlatego nie jestem za parytetami i różnymi takimi sztucznymi równościami
- bo tak się może skończyć

Grupa niedoszłych studentek skarży znany szwedzki uniwersytet o dyskryminację. Kobiety uważają, że nie zostały przyjęte na studia, bo nie są mężczyznami
31 dziewczyn, niedoszłych studentek psychologii, w pozwie przeciwko uniwersytetowi w Lund twierdzi, że władze uczelni przyjęły na ich miejsce mężczyzn w ramach akcji równouprawnienia płci. Po prostu mężczyzn na psychologii było za mało, więc choć dziewczyny miały te same kwalifikacje i stopnie co chłopcy, ich podania odrzucono.

więcej

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 16 Paź 2009, 19:35 
Offline
Generalissimus domownikuss

Dołączenie: 16 Cze 2007, 11:34
Posty: 1339
Miejscowość: kaszebszci ;-)
nooo.... u nas było 5 facetów na całym roku :cry: - ale pokonałam konkurencję i jednego udało mi się zdobyć na wyłączność ;-)


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Lut 2010, 13:30 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
i dziewczyny dostały odszkodowanie http://wyborcza.pl/1,76842,7595389,Dyskryminacja_po_szwedzku.html :lol:
...bo były dyskryminowane za to, że są dziewczynami

to jest ciekawe:
2009 r. na 5,4 tys. osób starających się o przyjęcie na studia, które zgłosiły przypadki dyskryminacji

:shock: prawdziwa plaga prześladowanych

aż 95 proc. z nich to kobiety.
kobiety szwedzkie lepiej czują te spraw...??

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 21 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Skocz do:  
cron
Twoja Podręczna Księgarnia

wielodzietni w biznesie

Nasza Islandia

Doula Gosia Borecka

Okno na dobrą stronę świata


wielodzietni.net na Facebooku

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group |
Ten serwis stosuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystanie.
» Akceptuję wykorzystywanie plików cookies w serwisie www.wielodzietni.net.