duża rodzina

duża rodzina

forum dla rodzin wielodzietnych i sympatyków
duża rodzina
Obecny czas: 16 Sty 2018, 21:14

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 99 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3, 4  Następna
Autor Wiadomość
 Temat postu: Edukacja domowa
PostWysłany: 01 Mar 2008, 13:02 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
jesli temat pojawi się na forach internetowych, zawsze wywołuje kontrowersje, zwolennicy mocno obstają za, przeciwnicy piszą o braku doświadczeń w społeczności, wspomnień szkolnych

To artykuł pisany z pozycji przychylnej homesculingowi, przedstawione są osoby absolutnie zachwycone i przekonane do nauki dzieci w domu. Inna sprawa, że dzieci nie sa przeciętne, nudziły się w szkole, a i rodzice musieli zrezygnowac z innej aktywności.
Jednakże argumenty sa ciekawie wyważone, można być pod wrażeniem pokazanego w artykule modelu (ja zauwazyłam drobne rysy, które daja mi ciut do myslenia, jesli chodzi o przedstawione rodziny, ale to drobiazgi;)

http://www.polskatimes.pl/13031,24765.htm?listpage=1

Cytuj:
Szkoła bez tablicy
(Polska)
Sonia Ross
27.02.2008, aktualizacja: 27.02.2008, 18:29
Uczą się w parkach, bibliotekach, muzeach, bez surowego spojrzenia belfra.
Wspomienia ze szkolnej klasy wielu z nas jeżą włosy na głowie. Czy więc można poznać budowę pantofelka bez surowego spojrzenia belfra? Zwolennicy edukacji domowej mówią: „tak”. To szansa, by dzieci uczyły się chętniej i efektywniej. Przeciwnicy, że tak wychowa się odludków.

Ania Janicka-Galant, terapeutka z Łodzi, pięć lat temu raz po raz biegała z synem do lekarki w przychodni. Przemek narzekał, że boli go w prawym boku. Skarżył się na gardło. Lekarka przepisywała antybiotyk i dawała zwolnienie: „Angina z powikłaniami. Poleżysz w domu”. Wypadali z przychodni, zacierali ręce. Plecaki były już spakowane. – Nie myślała pani, że to niewychowawcze? – pytam Annę, która parzy w kubkach herbatę brzoskwiniową. – A skąd! – macha ręką. – On w domu przerabiał trzykrotnie więcej niż w szkole. A wyjazdy to pigułka wiedzy: historia, geografia, etnografia, przyroda, religia. No i ludzie. Wspaniali, pełni pasji. Tylko takich spotykaliśmy.

Pokazują mi grube księgi. Pełne wpisów, biletów, zdjęć, zasuszonych roślin. Kroniki podróży. Objechali Turcję, Grecję, Włochy, Kaukaz. Przywieźli kamienie. Minerały. No i książki, płyty z filmami i muzyką. Plecaki pękały. – Skąd macie na to pieniądze? – pytam. Anna się śmieje: – Ostatnia podróż, do Gruzji, kosztowała nas 300 dolarów. Wędrowaliśmy dwa miesiące. Na Dużym Kaukazie przez trzy tygodnie tylko raz kupiliśmy jedzenie. Nigdy o nic nie prosimy, zawsze nas zapraszają. Jeżdżą autostopem. Spod domu. Każdą podróż przygotowują kilka tygodni. Uczą się języka i historii kraju.

Byłem dobry, bo opuszczałem

Kiedy Przemek skończył piątą klasę, zdecydowali z matką, że dosyć kombinowania ze zwolnieniami. Anna załatwiła u dyrektora szkoły, że syn będzie się uczył w domu. 7 września 1991 roku weszła ustawa, która zezwalała na „realizowanie obowiązku szkolnego poza szkołą”. – Teraz ciągnie nas na Syberię – mówi Anna. – Nasz przyjaciel, Paweł Kassin, lekarz neurolog, jest współzałożycielem wioski ekologicznej nad Bajkałem. Każdy, kto tam trafi, przez trzy dni jest gościem. Później musi coś zrobić dla społeczności. Rąbać drzewo lub nosić wodę.

Dzięki dr. Kassinowi Przemek już w wieku 15 lat ukończył kurs Su-Doku, masażu refleksyjnego. Jest najmłodszym w Polsce dyplomowanym masażystą. A szkoła? W piątej klasie podstawówki był najlepszym uczniem. Średnia bliska szóstki. – Choć tyle opuszczałeś? – dziwię się. On się śmieje: –Byłem najlepszy, bo nie chodziłem. – W domu nie marnował czasu – wtrąca jego matka. – Jak go pytałam, co robili, to mówił, że były dwa zastępstwa, potem się nudzili, a później pani kazała „doczytać samemu”. Więc Przemek zostawał w domu i doczytywał. – Oglądałem programy edukacyjne. Robiłem doświadczenia z chemii, fizyki. Mówię, że nie wierzę, by nie tęsknił za kolegami, nie chciał pograć w piłkę. Przemek się krzywi: – Z kolegami nie miałem o czym gadać. Oni ciągle o jednym: co było w telewizji. A my już od 10 lat nie oglądamy telewizji. Pytająco wskazuję na odbiornik. – To tylko monitor –wyjaśnia Anna. – Służy do oglądania programów edukacyjnych i kursów językowych na DVD.

Anna i jej syn są pasjonatami edukacyjnych programów multimedialnych. Mówią, że przez ostatnich 10 lat „przepuścili” przez swoje ręce prawie wszystkie, jakie ukazały się na polskim rynku. Tysiące. Zastępowały im podręczniki, chociaż z tych ostatnich także korzystali. – W książkach są tylko suche wiadomości. Na płycie animacja, komentarz lektora i doświadczenie, które widz może równocześnie przeprowadzać – tłumaczą. – Ostatnio przez trzy dni siedziałem nad „Fizykusem”– mówi Przemek. – To program w formie gry. Miałem uratować świat, konstruując kolejne urządzenia elektromechaniczne i wykorzystując zjawiska z dziedziny optyki. Do końca gry doszedłem trzeciego dnia. W tym czasie zaglądałem do encyklopedii, robiłem notatki. A wieczorem oglądałem dramaty Szekspira albo filmy o mitologii. Antyk to moja pasja, obok kowalstwa, minerałów i Bractwa Rycerskiego. Programami edukacyjnymi Galantowie wymieniają się ze znajomymi i przyjaciółmi. Wymiana to obok podróży ważny termin w edukacji domowej.

Ty mnie naucz fizyki, ja ciebie nut

– Działamy w Banku Wymiany Czasu – wyjaśnia Anna. – Pomysłodawcą tego ruchu był amerykański prawnik Edgar Cahn, który po zawale serca nie mógł wrócić do zawodu. Wymyślił więc czasodolary, czyli wymienialne jednostki czasu, i rozpoczął zawiązywanie sąsiedzkich sieci wymiany usług. Wykorzystujemy jego pomysł w edukacji domowej. W grudniu prowadziliśmy u nas w domu doświadczenia z fizyki dla trójki łódzkich dzieci w wieku gimnazjalnym. – Podgrzewaliśmy m.in. butelkę, na której stało jajko. Podciśnienie wciągnęło je do środka. Zabawy z elektromagnesami i mieszaniem roztworów także się podobały – mówi Przemek. Czas, który poświęcił na naukę gimnazjalistów, „oddała” mu jedna z mam, ekonomistka Dorota Piwowarska. Uczyła Przemka i jego koleżanki ekonomii podczas gry planszowej „Cashflow”. – Musieliśmy inwestować pieniądze, lokować je na giełdzie – tłumaczy Przemek.
Teraz znów pakuje plecak. Rusza pod Radom, do znajomych. Ich córka również uczy się w domu. – Po co zabierasz toczek? – pytam, widząc, jak upycha go do i tak ciasnego plecaka. – Będziemy jeździć konno – wyjaśnia. – W zamian za lekcje, podczas których moja mama uczyła Basię historii. Później z Basią jedziemy do Pruszcza Gdańskiego, do państwa Reszke. Pani Marzena jest fizykiem i matematykiem, pomoże nam się z tych przedmiotów przygotować do egzaminów. Za to my pouczymy jej synów Grzesia i Adama. Oni także edukują się w domu. To wszystko jest bardzo proste...

Zostali bez świadectw

Ale nie dla wszystkich. Ci, którzy przecierali szlaki, do dziś mają kłopoty. Dorosłe już dzieci pedagoga Marka Budajczaka legitymują się świadectwami ukończenia tylko pięciu klas szkoły podstawowej. Konflikt między Budajczakami a dyrektorem szkoły podstawowej w Poniecu i leszczyńskim kuratorium sprawił, że jego dzieci nie zdawały egzaminów klasyfikacyjnych i nie przechodziły z klasy do klasy. Nie mogą więc studiować. Budajczakowie liczą na nostryfikację SAT, amerykańskiego egzaminu porównywalnego do polskiej matury. Pozwoliłoby to jego dzieciom otrzymać indeksy. Gdyby dziś chciały zdać zaległe egzaminy, musiałyby za nie zapłacić kilkadziesiąt tysięcy złotych (są płatne po 18. roku życia).

Marek Budajczak był pierwszą osobą w Polsce, która oficjalnie wystąpiła o możliwość uczenia dzieci w domu. Opracowywał program, interesował się pedagogiką alternatywną. Przeczytał wiele książek, m.in. angielskiego socjologa edukacji Rolanda Meighana. Sam napisał „Edukację domową”. Jako profesjonalista wiedział, że dzieci w domu pracują szybciej i efektywniej. Chciał uczyć sam. Nie wszystko się udało. – Nie wiem, dlaczego ten konflikt nie został rozwiązany – zastanawia się Krystyna Mucha, dyrektor Wydziału Kształcenia Podstawowego i Gimnazjalnego w Kuratorium Oświaty w Warszawie. –Obie strony powinny być elastyczne. Dyrektorzy muszą przestrzegać prawa, czyli konieczności wypełniania przez dzieci obowiązku szkolnego, ale powinni także ufać rodzicom, którzy podsuwają propozycje dotyczące np. formy egzaminów. Z moich doświadczeń wynika, że to się da zrobić. Rodzice mogą być obserwatorami, mają prawo do wglądu w arkusze egzaminacyjne, ustalenia, kiedy i jaki egzamin się odbędzie. Otrzymanie zgody na naukę w domu nie jest skomplikowane. Trzeba złożyć podanie u dyrektora szkoły. Ale dyrektor ma prawo nie wyrazić zgody. – Nie trafiła jednak do mnie żadna skarga z powodu odrzucenia takiego wniosku – mówi dyrektor Mucha. – Niewielu rodziców decyduje się na taką formę edukacji. Kiedyś korzystali z niej sportowcy, dzieci grające w filmach. Nie chodziło jednak wtedy o domowe nauczanie, tylko o to, by dzieci nie zmieniały szkoły lub nie traciły roku.

Kuba nie mówił po polsku

W cukierni przy kościele Jezuitów w Warszawie socjolożka Kasia Niewiarowska przedstawia mi swoją sześcioletnią córkę Karolinkę. Z pięciorga rodzeństwa tylko ona chodzi do szkoły. – Ale katolickiej, bezpłatnej – zastrzega Kasia. – Jestem o nią spokojna, bo system wartości, jaki obowiązuje w tej szkole, jest zgodny z naszymi poglądami. Synów uczy sama w domu. Zaczęło się to od Kuby, dziś gimnazjalisty. – Miał kłopoty w szkole – przyznaje. – Mieszkaliśmy w Siennicach koło Mińska Mazowieckiego. Razem z mężem, również socjologiem, prowadziliśmy rodzinny dom dziecka. Piątka naszych, piątka przybranych. Najstarszy Kuba był w pierwszej klasie. W czasie wakacji przeczytał wszystkie podręczniki i na lekcjach przeszkadzał, bo się nudził. Dzieci miały mu za złe, że nie mówi po polsku. A on tylko używał trudnych słów. My powtarzaliśmy dzieciom: „Masz prawo być inny, przeżywać po swojemu”. W szkole słyszeli co innego.
Myśleli, że gdy przeniosą dzieci do mniejszej szkoły, kłopoty się skończą. Mylili się. Kiedyś Kasia usłyszała w radiu o edukacji domowej i olśniło ją: „To coś dla Kuby!”. Był już w trzeciej klasie, ale męczył się potwornie. Przeczytała wszystko, co było na ten temat w internecie. Później powiedziała mężowi.

Wypróbowali na sucho

Tuż przed wakacjami pojechali na pierwszy polski zjazd homeschoolingu. Przyjechało kilkanaście rodzin z dziećmi. Od nich dowiedzieli się, jak zacząć. Na wakacjach wypróbowali pomysł na sucho. Pojechali nad morze. W parku Oliwskim urządzali dzieciom lekcje. – Najpierw był wykład o drzewach – mówi Kasia. – Mąż opowiadał ciekawostki. Później liczyli krzewy. Na piasku pisali ich nazwy. Kuba zawołał: „Mamo! Ona czyta!”. Magda, moja ośmioletnia przybrana córka, czytała słowa na piasku: sosna, lipa, jarzębina. W szkole do tej pory nie potrafiła się tego nauczyć. – To działa, złóżmy podanie! – zapalił się mąż Kasi. – Pomożemy dzieciom, odciążymy nauczycieli. Ich pierwsze podanie odrzucono. – Znów godzinami siedziałam z przybraną piątką nad lekcjami – wspomina Niewiarowska. – Tłumaczyłam to, czego powinni byli nauczyć się w szkole. A Kuba, który radził sobie sam, czytał do trzeciej w nocy. Nie kontrolowałam tego, bo padałam na nos o dziesiątej.
Dzieci podrosły, a oni zrezygnowali z prowadzenia rodzinnego domu dziecka. Przenieśli się do Warszawy. Tu nie było problemu, żeby Krzyś (czwarta klasa) i Józio (druga klasa) uczyli się w domu. Kasia dogadała się z nauczycielami. Synowie, oprócz obowiązkowych egzaminów (dwa razy w roku), przychodzą na niektóre klasówki.
W domu nauka zaczyna się zaraz po śniadaniu. Na stole rozkładają książki. – Mamo, może zamiast liczenia, skonstruuję coś z „Elektroniki” (gra w której z kilku elementów można złożyć urządzenie) – prosi Józio. – Ja bym wolał poczytać „Baśnie” Andersena – mówi Krzysio. I mama się zgadza. Józio konstruuje, a Krzyś czyta. – Dzieci uczą się mimochodem, bez presji – tłumaczy Kasia. – Musimy wykonać program, który obowiązuje w danej klasie, ale sami ustalamy kolejność. Ale z dyscypliny Kasia nie zrezygnowała. – Wiedzą, co muszą zrobić. Na ścianie zawiesiłam tablicę z obowiązkowymi punktami: czytanie, działania z matematyki, pisanie. Za każdą pracę sami sobie wstawiają plusy. Później mają czas wolny. Mogą się pobawić, wyjść na podwórko. Ale najczęściej czytają.

Niewiarowscy uczą się w parku, bibliotece, w muzeach. – Radzimy sobie tak: jeden dzień w tygodniu każde muzeum ma wstęp wolny. I wtedy oglądamy eksponaty, dyskutujemy. W domu przypominamy sobie, co widzieliśmy. Wykupiliśmy całoroczny karnet do zoo, tam robimy lekcje przyrody. Gdy uczymy się o ptakach, oglądamy upierzenie, słuchamy głosów, jakie wydają. Z książki, którą zabieramy, czytamy o ich upodobaniach. Zaraz po obiedzie do domu wpada Robert Niewiarowski. Wyrwał się wcześniej (może sobie na to pozwolić, bo jest doradcą finansowym), by zabrać synów do Muzeum Ziemi. Józkowi zapalają się oczy. Tak samo się cieszył, gdy pewnego razu tata powiedział: „Pakuj plecak, Józiu, jedziemy na Dolny Śląsk. Będziemy szukać kryształów górskich”. Był gotowy w dziesięć minut. Z wyprawy przywieźli mnóstwo kamieni. – Chodziliśmy po górach – mówi Józek z przejęciem. – Mieliśmy łopatki i wykopaliśmy prawdziwe skarby, kryształy górskie! – Kiedyś Krzyś mówił, że nienawidzi polskiego. Teraz wieczorami wszystkim dzieciom czyta baśnie. Wciągnęli się. Na ostatnim egzaminie z polskiego pani była pod wrażeniem – mówi Kasia.

Ile stopni ma wrzątek?

W Pruszczu Gdańskim nauczycielka Marzena Reszke nastawia wodę na makaron. Młodszy syn, 9-letni Grześ, biegnie ze specjalnym termometrem. Sprawdza, czy wrzątek ma rzeczywiście 100 st. C. Marzena pilnuje, żeby się nie oparzył, ale pozwala włożyć termometr do wody. – Jeeest! – krzyczy uszczęśliwiony Grześ. – Mamo, jest 100 stopni! Marzena Reszke, z wykształcenia fizyk, uśmiecha się. – A co się stanie, gdy dosypiemy soli? – chce wiedzieć Grześ. – Spróbuj – podaje mu pojemnik. Doświadczenie z solą rodzi kolejne pomysły. – Tego dnia nie zjedliśmy już tego makaronu, tylko kanapki – śmieje się Marzena. – Cały wieczór chłopcy robili eksperymenty z wodą. Marzena mówi, że zanim nie podjęli wspólnie z mężem decyzji o edukacji domowej, nie robili dla siebie i dzieci tylu ciekawych rzeczy. Uczą, ale przede wszystkim podróżują. Ostatnio w Bieszczady. Spotykają wielu ludzi: leśników, ekologów, przyrodników. – Lasu uczymy się na żywo. Rozszyfrowujemy, co to za szyszki, jakie to drzewa. Liczymy je, sprawdzamy, czy w lesie rzeczywiście występuje piętrowość. Wychodzi wiele nowych pojęć, takich jak „mikoryza”, „obieg materii w przyrodzie”. Okazuje się, że sarna nie jest partnerką jelenia, a jej zad nazywa się lustrem. A kiedy rodzą się małe wilczki, pilnuje ich brat z poprzedniego miotu. Czy dowiedzieliby się tego w szkole?

Nie wiem. Ale jestem pewna, że nie każda rodzina może sobie pozwolić na to, żeby jedno z rodziców nie pracowało. A to konieczne w przypadku edukacji szkolnej. Ktoś musi nadzorować naukę dziecka, organizować wyprawy, wycieczki. – To prawda – zgadza się Kasia. – Jedno z rodziców musi być bardziej dyspozycyjne. To właściwie warunek prowadzenia takiej edukacji. Kasia Niewiarowska się waha. Być może kiedyś wyśle swoje dzieci znów do szkoły. – Ale tylko do katolickiej. I musi być bezpłatna. Nie stać nas na opłacanie czynszu w prywatnych. A chciałabym być o dzieci spokojna. Ania Janicka-Galant nie ma już tego problemu. – Nauczyłam syna myśleć. Teraz nie muszę już nic robić. On sam szuka, tworzy. Ja tylko podpowiadam.
Całki? Dzwoń do Sydney!

O ile rozumiem, że bez trudu można uczyć młodsze dzieci, nie wierzę, by można im było zapewnić solidną licealną wiedzę. Zwłaszcza z przedmiotów, z którymi sami kiedyś mieliśmy kłopoty. – Mamy wspaniałą stronę internetową – wyjaśnia Ania Janicka-Galant. – Jest na niej lista konsultantów i korepetytorów edukacji domowej. Matematyki uczy między innymi Polak z... Australii. Wyjechał wiele lat temu, ale dzięki Skype’owi może udzielać bezpłatnych lekcji nawet w małej wiosce na Podhalu. Są też inni. Z tytułami doktorów i profesorów. Jeśli są z naszego miasta lub okolic, można się z nimi spotkać bezpośrednio. Gdy mieszkają dalej, wykorzystujemy internet. Ale nie trzeba mieć specjalnego tytułu, aby uczyć innych. Wystarczy wiedza. Na przykład porad z ornitologii udziela piętnastolatek Wojtek Hawrot.

Wchodzę na http://www.edukacjadomowa.piasta.pl/. Zatrzęsienie informacji. Artykuły, forum dyskusyjne, konspekty i pomysły na lekcje z różnych przedmiotów, linki, spis ciekawych miejsc, które można odwiedzić z dziećmi. Nie można się nudzić. – A co robiłeś dzisiaj? – zagaduję Przemka, który spokojnie pije herbatę i dorzuca polano do „kozy” na środku pokoju. – Rąbałem drewno, przygotowałem do transportu minerały, które przywieźliśmy z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Pojutrze pojedziemy do Lublina na wystawę kamieni. Zrobiłem porządek w szopie. Czytałem książkę. Jaką? O Amazonii, Beaty Pawlikowskiej. I „Dzieci kapitana Granta”. Pytam, czy nie brakuje mu towarzystwa, kolegów. Zaprzecza. Ma kolegów wśród studentów. Działają razem w grupie rycerskiej Brać Herbowa Ziemi Rawskiej. Fascynuje ich XVII wiek. Przyjaciół ma nie tylko w Fundacji Serce na Dłoni, w której działa jako wolontariusz, ale i w całej Polsce.

Brak szkolnych wspomnień

Przeciwnicy edukacji domowej twierdzą, że dzieci, które nie chodzą do szkoły, są pozbawione wspomnień, nie uczą się działać w grupie, są aspołeczne. – Nie zgadzam się z tym – mówi Kasia Niewiarowska. – Na własnym przykładzie widzę, jak bardzo uspołeczniły się moje dzieci, odkąd... nie chodzą do szkoły. Pomagają mnie i sobie nawzajem. Ucichły kłótnie, nie ma rywalizacji. Przyjaźnie i kontakty z rówieśnikami realizują w drużynie harcerskiej. I właśnie stamtąd przynoszą często wiadomości, które ich stresują. Mówią na przykład rozgoryczeni: „Mamo, a oni wiedzą, co to jest rzeczownik i przymiotnik. A my jeszcze nie”. Więc tłumaczę. Są zaskoczeni, że to takie proste. Dzieci, które uczą się domowo, mniej chorują – zauważa Anna Janicka--Galant. – Nie mają objawów stresu szkolnego i... nie symulują chorób. A mówienie, że szkoła uspołecznia, to nie do końca prawda. Mówimy o uspołecznieniu na siłę. Przemek wziął odpowiedzialność za swoją przynależność do fundacji. Nie wymiguje się od obowiązków. Podczas zbierania funduszów przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy ciężko pracował, chociaż nikt mu nie kazał tego robić. Na ostatnim, IV zjeździe polskiego homeschoolingu w 2007 roku w Krzyżowej koło Żywca zjawiło się ponad 100 osób. W Anglii i Stanach Zjednoczonych dla dzieci edukowanych domowo zarezerwowanych jest 30 proc. miejsc na najlepszych uniwersytetach. W Cambridge, na Harvardzie. Tam ceni się taką wiedzę bardziej niż szkolną.

Dlaczego w domu?

– Bo dzieci uczone w domu potrafią myśleć – tłumaczy mama Przemka. – Nie kują na pamięć. Tam nikt nie zwracałby uwagi na to, że mój syn popełnił błąd w definicji, myląc fundację ze stowarzyszeniem. Ważniejsze byłoby dla nich, że ukończył kurs pisania projektów dla fundacji młodzieżowych. – Najważniejsze, że szkoła nie zdążyła wygasić w moich dzieciach pasji i radości nauki – mówi Marzena Reszke. A Kasia Niewiarowska dodaje: – To taki zupełnie kosmiczny widok, jakmoje dzieci zaraz, jak tylko otworzą oczy, sięgają po książkę .
Image
mama Przemka z synem (w strojach "Bractwa Rycerskiego")


_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 05 Mar 2008, 11:38 
Offline
domownik

Dołączenie: 18 Cze 2007, 12:36
Posty: 137
niech się w Polsce rozwija edukacja domowa!!!!
ja jestem wszystkimi łapkami za !!!! i też bym chciała tak uczyć dzieci!!!
nie będę pisała co myślę o polskim szkolnictwie ,bo mi się ciśnienie podniesie niezdrowo .

_________________
pod skrzydłami piątka dzieci :)


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 05 Mar 2008, 19:54 
Offline
Generalissimus domownikuss

Dołączenie: 23 Cze 2007, 13:39
Posty: 1945
Ja absolutnie nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś tak uczył swoje dzieci, ale ja nie byłabym w stanie. Moje dzieci chodzą już do szkoły, sama od lat nauczam. Na pewno nie jest świetnie w każdej polskiej szkole, ale nie mam jakiś szczególnie złych doświadczeń, z własnej nauki też nie.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 05 Mar 2008, 21:46 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
ja złagodniałam, kiedys byłam wobec edukacji publicznej nastawiona bojowo, poznała i ta prywatna i państwową, naukę dziecka z problemami i dzieciaków, co się szybko uczą.
Pogodziłam sie, ze szkołą.
Myslę, ze edukacja domowa jest własnie dla rodziców bardzo zdeterminowanych. Takich jak Bea. Z jednej strony mających złe doświadczenia ze szkołą i nastawionych krytycznie, a z drugiej strony mających zapał. Tylko tak ma sie motywacje do ogromnej pracy, której wymaga od rodzica edukacja domowa.

Ja w artykule widzę z jednej strony problem tego, ze opisany syn jest w sumie tak blisko mamy, ich sfery bardzo się nachodzą, zadaje sobie pytanie, jak będzie wyglądała jego dalsza droga. W drugim z opisywanych przypadków nagle gubi sie piątka dzieciaków z rodzinnego domu dziecka. Przy tak dużej dbałości o wychowanie swojej piątki wydało mi się to dziwne.
Ale samo edukowanie w domu zostało dosyć fajnie przedstawione, oddano chyba jego sens. Pokazano, że to nie tyle zamknięcie w domu, ale wejście w szerszy system samodokształcania się

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 05 Mar 2008, 22:45 
Offline
domownik

Dołączenie: 18 Cze 2007, 12:36
Posty: 137
Bardzo bliskie jest mi spojrzenie na szkołę ,które opisuje Gatto:
http://www.edukacjadomowa.piasta.pl/gatto.html
dlatego zgadzam się z tymi jego słowami i ogromnie mi żal zmarnowanych na szkołę lat i sił (tym bardziej gdy widzę jak męczy się w szkole mój syn -klasa 1 ):
" A teraz trochę dobrych wieści. Kiedy już raz zrozumiesz logikę skrytą za nowoczesną oświatą, jej sztuczki i pułapki będą łatwe do uniknięcia. Szkoła kształci dzieci do bycia pracownikami i konsumentami; ucz je więc na własną rękę bycia liderami i poszukiwaczami przygód. Szkoła uczy dzieci bycia odruchowo posłusznymi; sam nauczaj je zatem krytycznego i niezależnego myślenia. Dobrze „wyszkolone” dzieci mają niski próg dla nudy; pomóż im więc rozwijać ich życie wewnętrzne, tak, by już nigdy się nie nudziły. Zmuszaj je do brania na siebie poważnego materiału, dorosłego materiału z historii, literatury, filozofii, muzyki, sztuki, ekonomii, teologii - wszystkiego tego, czego nauczyciele świadomie unikają. Stawiaj swoim dzieciom wyzwania, zostawiając je z nimi na długie okresy samotności, tak, by były zdolne do radowania się własnym towarzystwem, do prowadzenia wewnętrznych dialogów. Dobrze „wyszkoleni” ludzie są uwarunkowani do lęku przed byciem samotnymi i szukają ciągłego towarzystwa poprzez telewizję, komputer, telefon komórkowy oraz przez płytkie znajomości, szybko nawiązywane i równie szybko porzucane. Wasze dzieci powinny mieć bardziej znaczące życie i są do tego zdolne. "

_________________
pod skrzydłami piątka dzieci :)


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 05 Mar 2008, 23:58 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
Jolu
" Dzieci podrosły, a oni zrezygnowali z prowadzenia rodzinnego domu dziecka." wydaje mi sie, że tu jest napisane gdzie sie "zgubiły" ...

jestem bardzo za homeshoolingiem, zastanawiałam sie nad tym nie raz...

ale wciąz jeszcze zbyt duzo w Polsce utrudnień...

Cytat Bei to własnie to co dobrze oddaje moje myslenie.

szkoła to walec, który ma zrównac wszystkie dzieci i przymusic-przyuczyć je do systemu, a jeśli chodzi o wspomnienia ze szkoły, no cóż, nie mam traumatycznych, ale tez i nic w nich nie ma specjalnego... jesli są grupy i zjazdy homeschoolersów, to ta grupa będzie miała swoje wspomnienia, nie gorsze, może i nawet lepsze...

niestety dla mojego męża to zbyt egzotyczny pomysł :cry:

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 06 Mar 2008, 11:34 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
A co się wtedy stanie z naszą-klasą? :wink:

Też mam niezbyt dobre doświadczenia ze szkołą.
Ale nie jestem entuzjastką nauczania domowego jako alternatywy dla szkoły.

1. Rodzic musi się wtedy zmienić w nauczyciela. Nie każdy jest w tym dobry.
A jeśli nawet, to mówi sie, że "najgorzej jest uczyć swoich". Wobec "obcych" jest się bardziej wyrozumiałym. "Głupota" własnego dziecka (lub rodzica) bardzo człowieka dołuje.
Poza tym wtedy ten rodzic jest już całkowicie zamknięty w domowym kręgu.
Nie zawsze jest to dobre.

2. Jeśli dom zmienia się w szkołę, dziecko trochę traci azyl.
Dzieci rzadko lubią "przygotowywać się do egzaminów", a na tym polega regularna edukacja. Jeśli mają do tego inne miejsce (szkoła), wtedy dom jest odpoczynkiem , relaksem, inną rzeczywistością, nawet gdy trzeba lekcje odrobić.

3. We wszystkich kulturach, dzieci w pewnym wieku (najczęściej 7 lat) przechodzą z domowej edukacji do "społecznej".

Czego dziecko uczy się w szkole?
Tego, że ludzie są różni.
Nawet najliczniejsza rodzina nie da dziecku tego spektrum doświadczeń, jaki daje szkoła.
To jest zresztą powód, dla którego poleca się zwykłe szkoły dla dzieci wybitnie uzdolnionych - ale tylko na początku ich nauki, przez kilka lat, gdy kształtuje się ich charakter.
W klasie, w szkole, dziecko spotyka różnych ludzi. Mniej lub bardziej mądrych, o różnych zdolnościach, z różnych rodzin.
W okresie, gdy dziecko uczy się przez doświadczenie, zdobywa cenną informacje, jakie (statystycznie) jest społeczeństwo, w którym przyjdzie mu żyć. I znajduje swoje w nim miejsce, bo dopiero poza rodziną dowiadujemy się, jacy naprawdę jesteśmy.

4. Jestem za to absolutną entuzjastką naturalnego nauczania domowego.
Przecież wychowanie dziecka to jest nauczanie, tłumaczenie mu świata.
Dzieci są ciekawe i logiczne. Z tym się rodzą. Potrzebują tylko "danych".
Naturalne domowe życie to przecież nauka , to geografia, historia, biologia, fizyka i chemia. I ekonomia.
Gdy się przykładowo idzie z dreptusiem na spacer, pokazuje mu się linie energetyczne, osiedlowe transformatory. Gdy starsze - tłumaczy się, jak to z grubsza działa, czemu "buczy".
Opowiada się wszak dzieciom historie rodzinne, na tle historii kraju, regionu.
Pozwala się robić doświadczenia, choćby z tym wspomnianym w artykule termometrem, hodować roślinki.
Pomaga się w zorganizowaniu laboratorium.
Daje się do rozwiązania zagadki logiczne, z wiekiem dziecka coraz trudniejsze.
Potem dyskutuje się o książkach, o przedstawieniach teatralnych, o wydarzeniach politycznych.
Dom - to jest jedna wielka edukacja.
Szkoła - to miejsce konfrontacji tego backgroundu z zewnętrznym światem.
Bardzo potrzebne.

Nawet Skłodowska, która była zdania, że "lepiej jest dzieci podusić, niż wysłać do szkoły", szybko zmieniła zdanie.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 06 Mar 2008, 11:58 
Offline
Generalissimus domownikuss
Awatar użytkownika

Dołączenie: 24 Paź 2007, 21:32
Posty: 1704
Miejscowość: Wrocław
Nie potrafiłabym uczyć dzieci w domu, ale jeżeli jestem w domu to czasem robię dzieciom wolne od szkoły. Np w tym tygodniu zaczęło się od małego kataru u Marysi, we wtorek dołączył Bartek - od rana kaszlał na siłę i skarżył się na ból grdła - swietny symulant. No i teraz siedzimy w domciu i robimyciekawe rzeczy, trochę nauki, trochę zabawy, trochę porządków (wczoraj wyleciała większosć laleczek córci -takie pierwsze porzegnanie z dzieciństwem- i na to musi być czas)

_________________
Mama Marysi (1997), Bartka (1999), Mikołaja (2005), Daniela (2007) i Sary (2013)


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 06 Mar 2008, 13:45 
Offline
domownik

Dołączenie: 18 Cze 2007, 12:36
Posty: 137
Rzeczywiście edukacja domowa to propozycja dla tych ,którzy chcą , są przekonani ,mają zapał ,wiedzę etc To nie jest forma zastapienia szkoły .
Moniko -zadzam się z tym Twoim zdaniem "Naprawdę, zamiast edukacji domowej propagowałabym rozwój dobrych, małych szkół w których uczą ludzie z pasją.",ale po pewnej , istotnej zmianie: "Naprawdę, zamiast SZKÓŁ OBECNIE FUNKCJONUJ¡CYCH propagowałabym rozwój dobrych, małych szkół w których uczą ludzie z pasją."
W Polsce nauczanie pozaszkolne ( wolę takie określenie niż nieco mylące edukacja domowa) jeszcze nie ma formy ,która by mnie satysfakcjonowała , jest zbyt często potępiana , nie ma jasnych prawnych regulacji , nie jest zorganizowana ,tylko często wygląda "chałupniczo" . A więc jeszcze ma sporą drogę przed sobą .
Dla mnie Szkoła jest ZŁA , a to co wyprawia nauczycielka mojego pierwszaka jest wręcz modelowym przykładem tego o czym pisał Gatto o funkcjach szkoły , tych destrukcyjnych. Mocno zastanawiam się co zrobić w tej sytuacji.
Na razie mam pewne zadanie z dziedziny higieny najmłodszego :wink:

_________________
pod skrzydłami piątka dzieci :)


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 06 Mar 2008, 23:12 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
Moniko, może dlatego, że np szkoła, która nie jest prowadzona dobrze zabiera dzieciakom mnóstwo energii, zadaje sie dzieciom zadania domowe itd... a ten czas można by spozytkowac o wiele lepiej, efektywniej, dlatego jesli w okolicy jest dobra, mała szkoła, to mozna dziecko tam posłać, ale jesli nie ma, lub na nia nie stać, to wybrałabym wtedy edu pozaszkolną, jest teraz mnóstwo multimediów, z których o wiele łatwiej nauczyc sie tych wszystkich rzeczy, o których niejednokrotnie nauczyciele uczą w szkole przestarzałym systemem nudnawego "wykładu". Moje dzieci oglądaja m inn. setrię "co i jak" edukacyjną i widzę, że np narracje tych filmów znaja czasem na pamięc, nie mówiąc już o zaiteresowaniu i przyswojeniu sobie wiedzy.

ale uważam, że edukacja domowa w tej chwili, to cos jak przed wojną- dla elit, wiadomo, że zwykły człowiek się tego nie podejmie, bo nie ma zasobów- wiedzy, żeby edukowac dzieci trzeba samemu też cos wiedzieć. I to nie z jednego przedmiotu, jak często nauczyciele, ale ze wszystkich,

chociaz "domowa" nie znaczy przeciez , że ta edukacja musi odbywac sie w domu, kogo stać, ten przeciez może zatrudnić dochodzących nauczycieli, zapisac dziecko na angielski w mieście, inne zajęcia do domów kultury... tam spokojnie wyedukuje się tez społecznie.
Dawniej przecież dzieci uczyły się w domach z guwernantką, wiadomo, nie były to dzieci chłopów i robotników, ale mówienie, że nie ma żadnych róznic społecznych wśród dzieci to bajka... nawet w szkole dzieci z róznych środowisk garna się do podobnych do siebie... a uczyc, że sa różni ludzie można w inny sposób nie tylko przez szkołę, przecież jeśli rodzice się uprą to zapiszą dzieciaka do elitarnej szkoły, gdzie czesne będzie 2000 zł msc i tam dziecko takie nie uświadczy róznic społecznych, wozone w aucie od do...


edukacja domowa, to nie uwięzienie w domu, i edukowanie wyłącznie przez rodziców, a tak niestety jest to postrzegane.

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 06 Mar 2008, 23:46 
Offline
domownik

Dołączenie: 18 Cze 2007, 12:36
Posty: 137
Na chłodno dziś do tematu podejśc nie potrafię - jakoś nie mogę się zgodzić na bójki wśród pierwszaków , nawet jeśli za kilkanaście lat będą sobie to wspominać z łezką sentymentalną w oku .
Nigdzie nie negowałam wspólnej edukacji , ba wielu rzeczy nie da się zrobić w pojedynkę- zagrać w siatkówkę choćby czy pokonwersować w obcym języku .
Wydaje mi się ,że mamy obecnie taką wiedzę i potencjał ,że powinniśmy oczekiwać od decydentów mądrzejszych rozwiazań edukacyjnych . A może nawet totalnej zmiany .Szkoła w obecnej formie to jakiś przeżytek .
Edukację domową oceniam wyżej od szkolnej- państwowej , dlatego nie ukręcałabym głowy temu co ma szanse rozwinąć się w dobrym kierunku ( w jakim to już określą potrzeby zainteresowanych ) .

_________________
pod skrzydłami piątka dzieci :)


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 07 Mar 2008, 01:31 
Wydaje mi się, że dziecko potrzebuje socjalizacji, kontaktu z rówieśnikami przez kilka godzin dziennie. Wtedy właśnie ma szansę rozwinąć zdolności przywódcze, umiejętność pracy w grupie, zachowania asertywne, pomoc słabszym itd. Trochę się zastanawiam jak wygląda przejście z edukacji domowej do życia licealnego czy studenckiego - intelektualnie na pewno bez problemu, ale sfera kontaktu z rówieśnikami może kuleć. W tym miejscu dostrzegam pozytywną rolę szkoły. Nawet konflikty z kolegami czy ze zbyt surowymi/drobiazgowymi nauczycielami to taka szkoła życia - przecież dorosłym też może się trafić wredny szef, złośliwa koleżanka itd. Nie zawsze będzie łatwo. Umiejętność współpracy z ludźmi z różnych środowisk jest w dzisiejszym świecie zaletą.
Widzę jednak inne pewne problemy w życiu społecznym w szkole, które właściwie pozostawały dawniej na marginesie, a w ciągu ostatnich paru lat bardzo przybrały na sile i które faktycznie stawiają pod znakiem zapytania wyższość szkoły nad domowym nauczaniem. Chodzi mi po pierwsze o agresję, pobicia, szykanowanie, dręczenie. Niestety obecne prawo wiąże niejednokrotnie nauczycielom ręce... Dzieciaki śmieją się im w nos. Poza tym powszechne wśród nastolatków i narzucane rówieśnikom jako wzór i moda - picie, narkotyki, puszczanie się, "zalicznie panienek" na imprezach itd. I tak jest niestety we wszystkich szkołach średnich, także w tych najlepszych, gdzie większość uczniów ma świadectwa z czerwonym paskiem i pochodzi z tzw. dobrych rodzin. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że rodzice boją się posyłać dzieci do szkoły... Chora jest sytuacja, kiedy patologia staje się normą:(


Góra
  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 07 Mar 2008, 01:44 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
ja teraz tylko o "zgubionych" dzieciakach
Cytuj:
Jolu
" Dzieci podrosły, a oni zrezygnowali z prowadzenia rodzinnego domu dziecka." wydaje mi sie, że tu jest napisane gdzie sie "zgubiły" ...

w gazecie byly zdjęcia , dziewczyna, mama dzieciom młoda, pisze, że zaczynali z piatka swoich i piatka z RDD. Potem nagle dzieci znikaja, a zostają własne, które sa nadal małe. Wiem, że RDD nie jest na rok, jest na kilkanascie lat. I tu mnie jakos zdziwiło, ale nie żeby wypominac , tylko raczej przygladałam sie argumentom. Tej rodziny argumenty były bardzo zasadnicze, jak tak mi sie coś nie składa, to wtedy argumenty biorę trochę w nawias. Ale oczywiście mogę się mylić.

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 07 Mar 2008, 03:01 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
powiem Ci Jolu, że po artykułach o RDD oraz rodzinach zastępczych i ich problemach w Polsce, wcale sie nie dziwie ludziom, że rezygnują, bo ja bym zrezygnowała, gdybym widziała, że cos dzieje sie kosztem mojej rodziny. Oczywiście podziwiam tych heroicznych... którzy walczą o normalność... nie wszyscy jednak podołają walce z naszym państwem. Państwo chciałoby chyba , żeby wszyscy tylko adoptowali dzieci i wychowywali na swój własny koszt...

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 08 Mar 2008, 22:40 
Offline
Generalissimus domownikuss

Dołączenie: 22 Cze 2007, 00:41
Posty: 1856
.


Ostatnio edytowany przez agnieszka, 10 Lis 2010, 00:53, edytowano w sumie 1 raz

Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 09 Mar 2008, 00:25 
Na mnie też te rodziny nie zrobiły najlepszego wrażenia... chłopak jest w takim ścisłym związku z matką, spędzają razem całe dnie - nie wiem, czy to jest dobre dla psychiki nastolatka. To już nie małe dziecko i ma chyba inne potrzeby... Wydaje mi się, że w pewnym wieku trzeba w pewnym sensie oddzielić się od rodziców, być bardziej samodzielnym. W drugiej rodzinie zszokowało mnie "zgubienie" piątki dzieci. Jest w tym coś przerażającego, ja to odebrałam tak, jakby równało się to oddaniu kota babci, bo nie mamy już dla niego miejsca w domu.
Zgadzam się, że edukacja domowa w wielu wypadkach oznacza rozwój intelektualny, szerszą wiedzę i ciekawość świata - choć oczywiście trzeba mieć do tego warunki, samemu być dobrze wykaształconym, mieć dar przekazywania wiedzy i umieć zdyscyplinować dzieciaki;) To niewątpliwie trudne zadanie. Ja na pewno nie podjęłabym się tego... Jestem raczej za małymi, prywatnymi szkołami - klasy max 10 osobowe, indywidualne podejście do ucznia, dużo przedmiotów dodatkowych do wyboru, więcej zajęć artystycznych, ciekawych sportów. I najchętniej podział na klasy męskie i żeńskie.


Góra
  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 09 Mar 2008, 18:50 
Offline
Generalissimus domownikuss

Dołączenie: 23 Cze 2007, 13:39
Posty: 1945
Monika, żeby wszyscy rodzice tak mówili. :D
Zgadzam się w 100%.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 09 Mar 2008, 18:52 
Offline
Generalissimus domownikuss

Dołączenie: 23 Cze 2007, 13:39
Posty: 1945
[quote="Marika"]Na mnie też te rodziny nie zrobiły najlepszego wrażenia... chłopak jest w takim ścisłym związku z matką, spędzają razem całe dnie - nie wiem, czy to jest dobre dla psychiki nastolatka. To już nie małe dziecko i ma chyba inne potrzeby... Wydaje mi się, że w pewnym wieku trzeba w pewnym sensie oddzielić się od rodziców quote]

Takie też było moje pierwsze wrażenie, gdy czytałam ten artykuł w gazecie.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 10 Mar 2008, 00:17 
Offline
Generalissimus domownikuss
Awatar użytkownika

Dołączenie: 24 Paź 2007, 21:32
Posty: 1704
Miejscowość: Wrocław
Właśnie, wiele można zaproponować pomimo szkoły. Tylko czasu brak. A do szkoły i ocen dobrze jest wyrobić dziecku dystans.

Nie oszukiwałabym nigdy i nie kazała dzieciom zanośić lewych wzolnień - przecież chłopak w artykule miał świadomość, że jest zdrowy. Na szczęście teraż nie trzeba na usprawiedliwieniu pisać przyczyny nieobecności.

_________________
Mama Marysi (1997), Bartka (1999), Mikołaja (2005), Daniela (2007) i Sary (2013)


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 10 Mar 2008, 13:20 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
a mnie sie podobał bardzo obraz edukacji, jaki był przedstawiony w artykule, tylko dodałam sobie gdzie niegdzie nawias (właśnie z przyczyn o jakich wyżej).
No jeszcze dodałam sobie, że te dzieci, a szczególnie syn z matka, to należał do bardzo inteligentnych i zdolnych. I takiemu źle w szkole.

Bea, tak mnei zastanawia, że w pierwszej klasie już sie coś dzieje. To faktycznie jakiś felerny nauczyciel, czy coś jeszcze innego(???)
Ja akurat ten okres 1-3 w szkole podstawowej, szczególnie od czasu po reformie, kiedy nie ma stopni, nauczyciel ma często mozliwość autorskiej pracy itd. postrzegam bardzo dobrze. Co więcej miałam też dziecko w szkole niepublicznej i właśnie szkoła publiczna okazała się dużo lepsza. To dziecko akurat miało dysleksję w szkole publicznej dostałam do pomocy pedagoga, kilka razy w tygodniu zajęcia, trafiłam na cudną panią, bardzo profesjonalną. W niepublicznej nacięłam się na podejście, że nie ma problemu, należy tylko ćwiczyc, ćwiczyć, ćwiczyć i to nie zdało egzaminu.

Mam i syn, myślę, że trafiają się takie osobowości zgodne i w ogóle super współpracujące (jednak na własnym przykładzie wiem, źe lepiej, żeby mężczyzna w pewnym momencie poszedł do przodu sam;), ale ja na ten przykład z moją nastolatką (15) mam przerwana nić porozumiania jeśli chodzi o naukę.
Ona mnie nie traktuje jako powazny autorytet. W jej i moim wypadku wspólna nauka nie byłaby absolutnie możliwa, juz szybciej sama nauczyłaby się z ksiązki;)
To kiedys pisała Katarzyna, każdą uwagę, co do poprawy czegos w zadaniu ona traktuje, jak pole do walki o to, któ właściwie kim kieruje. Trudno to wytłumaczyć, ale uwagę o błędzie szybciej przyjmie z ust obcej osoby, niż z moich.
U młodszych dzieci też mam czasami z tym problem. Mimo, ze chodzi tylko o całkiem bezstronną informację (to jest xle, tu trzeba poprawić, to jest dobrze).

Tak naprawdę to tylko iluzja, że jesteśmy na jednej płaszczyźnie porozumeinia z dziećmi, dochodzą takie różne dodatkowe znaczenia, które likwiduja obca osoba jako nauczyciel. ja w sumie chciałabym, żeby szkoła była raczej systemem "szkoleń", żeby dziecko uczyło się, ze to jemu zależy, a nie nauczucielowi, na wyciąganiu go w górę. Żeby w szkole nie było dominujące to, że towarzysko sie tam nalezy udzielać (chociaż to wazne mimo wszystko według mnie i dobrze, żeby była mo zliwość spotykania dużej ilości osób)

Zwolennicy edukacji domowej mówią też, że tak naprawdę przebywanie w dużej grupe równiesniczej nie jest typowe wcale dla życia, potem rzadko kiedy powtarza sie sytuacja, że wszyscy naokoło są w jednym wieku, szef jest starszy młodszy, dowodzi się, lub jest się częścią grupy pracowniczej, gdzie ludzie są zróżnicowani. Albo się pracuje samodzielnie (skłonni do takiej pracy przejdą swoje w szkole, bo mają problem ze współpraca, lepiej dla nich byłoby wzmacniac ich cechy, a nie rozpraszać energię na rozgryzanie towarzyskich zaleznosci w grupie).

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 10 Mar 2008, 14:30 
Offline
naczelny amerykanista

Dołączenie: 20 Cze 2007, 23:40
Posty: 1450
Dla osobnika w wieku 15 lat rodzic nie jest autorytetem pod względem nauki, choćby był profesorem "nadzwyczajnym". :wink:
To jest czas odchodzenia, kwestionowania autorytetu rodziców, i to jest naturalne, więc dobre.
Owszem, małolat może być zadowolony, że ma rodziców "na poziomie", ale to wszystko.
Do nauczania potrzebny jest "obcy".

Nasze dzieci nie znosiły, gdy im cokolwiek tłumaczył mąż, a ten byłby nauczycielem idealnym.
Lepiej było spytać siostry, brata, kolegi, samemu dojść do rozwiązania.
Tata ze swą łopatologią to była ostateczność.

Miałam dzieci bardzo zajęte poza szkołą, więc czasem prosiły : "mama , napisz mi szybko to głupie wypracowanie, czy opracowanie, bo nie mam czasu"
Ja pisałam, i zawsze była awantura.
Albo było rozwlekle, albo po łebkach, a w ogóle, jak można tak ująć temat, jak można tak myśleć, takie wnioski wyciągać.
Syn maksymalnie skracał, wiele zmieniał, a dziewczyny pisały całkiem swoją wersję.

Pozornie moja praca była bez sensu, ale tylko pozornie. Bo była zaczątkiem do własnych przemyśleń, ułatwiała im zadanie.

I to wszystko wcale im nie przeszkadzało dalej prosić o pomoc w napisaniu tego i owego, i przysyłać do mnie licznych znajomych z prośbą o zredagowanie np. curriculum vitae.

Dzieci też nigdy nie zgadzały się z moją oceną ich prac, nawet gdy były dorosłe. Dziecko zawsze jest dzieckiem i od matki oczekuje przede wszystkim prostej aprobaty i akceptacji.
A jak się zachwycisz - to odbiorą to jako macierzyńską dumę, a nie obiektywną ocenę.
Czyli - potrzebują zachwytu, ale nie traktują go poważnie.
Potrzebna jest im ocena z zewnątrz, na tle podobnych sobie, czyli środowisko rówieśnicze, czyli ta paskudna szkoła po prostu.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 10 Mar 2008, 15:02 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
hi, paskudna:)

ja lubię chwalić, zauwazyłam, że moją dyslektyczkę trzeba chwalić bardzo, ale najskuteczniejsze są pochwały z zewnątrz, własnie szkolne.
I w tym przedziale 1-3, kiedy po złych doświadczeniach trafiłam na panią, która Małgosię osmielała przed grupą, nie zwracała uwagi na słabo pisane testy (ona nie potrafiła się poczatkow skupić i oddawał pustą kartkę np), mówiłą co trzeba zrobic, ale nie karciła. Mogłą sobie pozwolic na to wszystko, bo nie stawiała stopni (ona nie musiała gonić za tym, że wszycy musza być przepytani, a dziecko porównuje sobie stopień na tle klasy).
Dla mojej Małgosi taka pani to był uśmiech losu. A ona mi kiedyś w rozmowie powiedziała, że sama nie umiała czytać do 3 klasy.

I tak sobie mysle, że akurat w tym wypadku trudno byłoby samemu rodzicowi przeprowadzić dziecko przez problemy. Widziałam jak pani pedagog stosuje rózne metody w pracy z dzieckiem.
pedagogika cały czas się rozwija, jak tylko szkoła bedzie sobie to przyswajała (a myslę, ze w wielu wypadkach wspaniałych nauczycieli przyswaja), to będzie ok. I bedzie to naprawdę duzo więcej niz można przeprowadzić w domu, właśnie przez wiedzę pedagogiczna, przez możliwości dydaktyczne - moja małgośka ogromnie lubi przyrode, gdzie też jest fajna pani, pokazująca przeróżne rzeczy, praktycznie na kazdej lekcji jest doświadczenie.
Niby edukacja domowa może to zabezpieczyć, ale jednak wymaga to regularnej pracy rodzica i to na wszystkich naukowych frontach - matematyka, przyroda, hist, polski, itp.

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 10 Mar 2008, 15:06 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
oj pisanie wspólnie wypracowania z moja Olą to byłoby samobójstwo;)
Syn mi daje do sprawdzenia czasem (13), ale poprawki przyjmuje cięzko. Małgosia(11) musi ze mną współpracowac, ale widzę, ze powoli wybija się na niepodległość. To znaczy sama siada do zadania, sama próbuje robić (w poprzedniej klasie to było jeszcze nie do pomyślenia, nie była w stanie w ogóle sobie sama zorganizować pracy)

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 10 Mar 2008, 16:46 
Offline
Generalissimus domownikuss

Dołączenie: 23 Cze 2007, 13:39
Posty: 1945
jola napisał(a):

Zwolennicy edukacji domowej mówią też, że tak naprawdę przebywanie w dużej grupe równiesniczej nie jest typowe wcale dla życia, potem rzadko kiedy powtarza sie sytuacja, że wszyscy naokoło są w jednym wieku, szef jest starszy młodszy, dowodzi się, lub jest się częścią grupy pracowniczej, gdzie ludzie są zróżnicowani. Albo się pracuje samodzielnie (skłonni do takiej pracy przejdą swoje w szkole, bo mają problem ze współpraca, lepiej dla nich byłoby wzmacniac ich cechy, a nie rozpraszać energię na rozgryzanie towarzyskich zaleznosci w grupie).



Też racja. :D


Ja chyba nie widzę u moich dzieci żadnych problemów z nauką ( na razie) czy z nieprzystosowaniem się do życia w społeczności (chociaż syn jest bardzo spokojnym i trochę nieśmiałym dzieckiem). Dlatego szkoła wydaje mi się OK. :D Moje dzieci uczą się jakby mimochodem, nie zaglądam im do zeszytów (no, może raz na 3 tygodnie :wink: ), nie piszę wypracowań. Lubią szkołę, lubią byc w gronie koleżanek i kolegów.
W gronie moich uczniów większości raczej szkoła służy dobrze. Nie chcę tu obrażac, broń Boże jedynaków, ale dla niektórych :D szkoła to nauka normalnego życia w społeczeństwie.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 10 Mar 2008, 21:05 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
ja sądzę, że to nie jest wybór szkoła /dom, tylko szerszy kontekst, o którym sie nie mysli wysyłając dzieci do szkoły...

Ludzie są rózni, dzieci też i jestem pewna, że tak jak są dzieci, które sie świetnie odnajdują w szkołach i szkoła im służy, tak sa dzieci, które w szkole nigdy szczęśliwe nie będą i szkoła im szkodzi...

do tego koniecznie trzeba zwiąc pod uwage jaka jest ta szkoła, do której mielibysmy dziecko posłac, może ona byc super, ale może tez nasze dziecko po prostu zepsuc, jesli jest zła...

dlatego jak dla mnie byłby to wybór typu, czy moje dziecko/ dzieci będą sie lepiej edukowac w szkole czy poza regularną szkołą (pisze poza, bo sa bardzo zróznicowane możliwości nauki poza szkołą, to nie jest tylko dom i tylko rodzice)


dlatego nie powinno sie dyskutowac o edukacji domowej bez konkretnego kontekstu


jesli chodzi o ten RDD i oddane dzieci, to przeciez nigdzie ta sytuacjia nie jest dokładnie opisana, więc nie powinno się wyciągać wniosku, że ta rodzina ot tak sobie oddała dzieci, może to była trudna i bolesna sprawa, nie można wydawac osądu nie znając sprawy

podobnie z ojcem chłopca, a może ten tato po prostu nie żyje, a może zwyczajnie nie chce by o nim publicznie pisać...?

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 10 Mar 2008, 23:48 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
zgadza się, zgadza, mnie chodziło tylko i wyłącznie o taki mój własny ogląd na własny użytek, tak troszeczkę otarłam się o RDD i tak mi z tych doświadczeń wyszło, jak napisałam. Nie po to, aby o kimś źle myslec. Ala jak tak poważnie sę nad czymś zastanawiam, to biorę pod uwagę jak mówi, składam jego argumenty, co moze być słabszym punktem, co prawdopodobne co nie, co ja widzę inaczej. Nie podważam tej rodziny, chodzi tylko o odbiór ich argumentów tylko i wyłącznie dla mnie.

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 11 Mar 2008, 02:01 
Wydaje mi się, że choćby matka i syn mieli nawet najwspanialszy kontakt, to jednak codzienny kontakt z rówieśnikami, nauczycielami, dostarcza innego, równie ważnego rodzaju bodźców. Pozwala także zidentyfikować swoje miejsce w grupie, nauczyć się radzić sobie z własnymi negatywnymi emocjami - gniewem, niechęcią do innych, zazdrością itd. Oczywiście jest to możliwe tylko w systemie, w którym szkoła ma skuteczne środki na walkę z patologią. W innej sytuacji pozostają chyba tylko dobre szkoły społeczne...


Góra
  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 11 Mar 2008, 15:27 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
Cytuj:
W innej sytuacji pozostają chyba tylko dobre szkoły społeczne...

ja właśnie nacięłam się na szkołę niepubliczną, wydawala mi się super rozwiazaniem, miałam zaufanie do ludzi prowadzących.
Pomoc i profesjonalną opieke otrzymałam w szkole państwowej. wtedy doszłam do wniosku, że najważniejsza (szczególnie przy dzieciach młodszych), jest nauczyciel/ka. Jak on/ona do niczego to najlepsza szkoła nie pomoże.
Po tej historii mam też uraz do środowisk, które są za bardzo zamkniete i przekonane o swojej wyższości 8) (to znaczy nie kupuję zbyt idealnych opisów)

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 21 Mar 2008, 20:13 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
ja wciąz mam nierozwiązany dylemat, szkoła społeczna dwie miejcowości dalej, z dojazdami wstecz, ale za to dobra, z 12-15 uczniami w klasie, czy państwowa z klasami od 25 osób w górę, ale za to niemal pod domem, czyli koleżanki z okolicy itd... nie wiem, nie wiem... :sad: :?:

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
 Temat postu:
PostWysłany: 22 Mar 2008, 22:06 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
moja rada, jeśli Twoje dzieciaki nie mają jakiś problemów, które już teraz mogą się ujawniać, jesli chodzi o naukę: problemy z czytaniem, pisaniem, co mogłoby świadczyć o dysleksji albo innych tego typu rzeczach to szkoła blisko domu. Podpytaj się tylko jakie są panie, które bezpośrednio prowadzą klasy. Ja mam bardzo dobre zdanie o klasach 1-3 w publicznych szkołach. Podoba mi się ten nowy system (no juz nie taki nowy, bedzie z 10 albo więcej lat), że nie ma tam stopni, dowolnie ustalane sa przez nauczyciela przerwy, nauczyciel ma dużą dowolność w prowadzeniu klasy.
Szkoła blisko to swietna sprawa, moje dzieciaki dojeżdżają, wiem jakie to meczące, bardzo fajne i wazne jest to, że koleżanki i koledzy są blisko. na etapie podstawówki to bardzo dobre. Potem dziecko sobie wybierze dobre gimnazjum. Wydaje mi sie, ze na etapie podstawówki super szkoła niewiele zmieni. Tym bardziej, że miałam tez dziecko w super szkole niepublicznej, różnice nie były aż tak wielkie, a bezposrednio ucząca dzieciaki nauczycielka nie była taka super. I wszystko się o to rozbijało. Dzieci wylądowały koniec końców w normalnej publicznej. I to było dobre rozwiazanie.
jesli w publicznej brakowałoby Ci jezyków albo zajęć dodatkowych (publiczne szkoły często oferują duzo kółek zainteresowań, warto podpytywać), to mozna zawsze posłac dziecko na zajęcia dodatkowe.
Według mnie szkoła blisko to wielka zaleta.

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 99 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3, 4  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Skocz do:  
cron
Twoja Podręczna Księgarnia

wielodzietni w biznesie

Nasza Islandia

Doula Gosia Borecka

Okno na dobrą stronę świata


wielodzietni.net na Facebooku

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group |
Ten serwis stosuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystanie.
» Akceptuję wykorzystywanie plików cookies w serwisie www.wielodzietni.net.