duża rodzina

duża rodzina

forum dla rodzin wielodzietnych i sympatyków
duża rodzina
Obecny czas: 23 Wrz 2018, 22:52

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 53 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
PostWysłany: 23 Maj 2009, 23:07 
Offline
siedmiokrotka
Awatar użytkownika

Dołączenie: 23 Paź 2008, 14:14
Posty: 1029
Miejscowość: Poznań/Mosina
jest też wiele takich Aniołów, do kogo nie ma kto mówić "mamusiu" .....

_________________
Myślę więc jestem...a może jestem więc myślę...


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 00:20 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
hmmm, jesli komus zalezy byc Aniołem, zawsze znajdzie na to sposób, moze byc chociazby tzw rodziną zaprzyjaźnioną dziecka, które nie ma szans na adopcje ze względów formalnoprawnych, a jest w domu dziecka...

tak sie składa, że w Polsce to "anioły" musza czekac na dziecko (jesli marza o zdrowym niemowlęciu), bo takie dzieci "znikają na pniu", gorzej z tymi starszymi, chorymi itd... tutaj jakos "anioły" niechętnie zaglądają, przynajmniej te polskie, zagraniczne Anioły jakos tak nie wybrzydzają

Każdy medal ma dwie strony i np ja po lekturze forum bociana odniosłam wrażenie, że wiele chciałoby byc "aniołami" ale warunkowo, że dostaną certyfikat własności dziecka (czyli nabęda prawa do niego) i do tego najlepiej niemowlęcia tuz po porodzie..

oczywiście nie generalizuje, nie mówię, że kazdy, ale jednak mimo wszystko... nasuneła mi sie taka mysl... :-(

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 01:04 
Offline
siedmiokrotka
Awatar użytkownika

Dołączenie: 23 Paź 2008, 14:14
Posty: 1029
Miejscowość: Poznań/Mosina
:-( i to jest smutne......

_________________
Myślę więc jestem...a może jestem więc myślę...


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 10:27 
Offline
nowicjusz domowy

Dołączenie: 17 Kwi 2009, 20:46
Posty: 7
Witajcie Kobietki,

Widzę, że trochę się rozpisałyście, bardzo dobrze.

Sylwia1974[b] Pieknie napisałaś o Aniołach.


Haniutka napisał(a):
hmmm, jesli komus zalezy byc Aniołem, zawsze znajdzie na to sposób, moze byc chociazby tzw rodziną zaprzyjaźnioną dziecka, które nie ma szans na adopcje ze względów formalnoprawnych, a jest w domu dziecka...

[b]Haniutka
Masz rację lecz tylko dla przypadku, kiedy Anioły nie pragną byc z wielka tęsknotą rodzicami. Wiem co mówię, ponieważ nie wyobrażamy sobie (z mężem) by jeździc do domu dziecka i stac się zaprzyjaźnioną rodziną dla Dzieciatka. Zaprzyjeźnienie jest czymś naprawdę pięknym i wielki ukłon w stornę osób, które tak postępuję. Dają dzieciom choc mała namiastkę szczęścia, którego inaczej nie zaznają. Lecz dla nas nie jest to rozwiązanie bo serce by nam pękło gdybyśmy mieli prawo tylko do odwiedzin. Oboje jesteśmy tak bardzo spragnieni rodziecielstwa, że zakochanie się w dziecku byłoby tak wielkie, że aż bolesne przy niemożności wzięcia go do siebie na zawsze.

Cytuj:
tak sie składa, że w Polsce to "anioły" musza czekac na dziecko (jesli marza o zdrowym niemowlęciu), bo takie dzieci "znikają na pniu", gorzej z tymi starszymi, chorymi itd... tutaj jakos "anioły" niechętnie zaglądają, przynajmniej te polskie, zagraniczne Anioły jakos tak nie wybrzydzają

Haniutka Twoje kolejne słowa, które ranią. Czekamy w OAO na małe dziecko bez względu na płec i dopuszczamy by dzieciątko było chore lecz ma to niestety granice. Dlaczego małe? Proszę byś i Ty i inne szczęśliwe mamy pomyślały o swojej pierwszej ciąży, pierwszy narodzonym dzieciątku. Czy nie chiałaś budzic się w nocy i zmieniac pieluszek, karmic, czy nie chciałaś uczyc siadania na nocniczek, czy nie chciałał patrzec na pierwsze kroczki, czy nie chciałaś usłyszczec pierwszych słow swojego dzieciatka...etc. Z naszej strony adopcja małego dzieciątka nie jest egoizmem, lecz normalnym zdrowym pragnieniem rodzicielskim. Kolejne dzieciatko będzie starsze, a może uda nam się adopctowac rodzeństwo.
Dlaczego zdrowe, lub prawie zdrowe? Przecież żyjemy w Polsce, w której służba zdrowia jest do ..... Wiem, jest w tym egoizm, ale nic nie poradzę. Gdy adoptujemy ja od pierwszego dnia adopcji przestaję pracowac, lecz nie będzie nas stac na utrzymanie bardzo chorego dziecka, z nikąd nie dostaniemy pomocy, nie będziemy mogli liczyc na pomoc od służby zdrowia. Niestety takie są realia, dlatego rodzice adopcyjni w Polsce nie decydują się na adopcję bardzo chorych dzieci. Mnie osobiśie to boli i zarazem wkurza, bo każde dziecko zasługuje na normalny, kochający dom.


Bez urazy dla Was Mamy, pomiędzy nami jest linia, której nie jesteśmy w stanie przekroczyc, Wy macie swoje dzieci a my ich nie mamy i drogą naturalną miec nie będziemy. Trudno zrozumiec czasem Wasze myślenie, tak samo jak Wam trudno zrozumiec nasze postępowanie.

Życzę Wszystkim miłej rodzinnej niedzieli i dużo uśmiechu.

pozdrawiam,
małeżeństwo


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 10:32 
Offline
Generalissimus domownikuss
Awatar użytkownika

Dołączenie: 17 Cze 2007, 01:15
Posty: 2960
Miejscowość: Warszawa
Wreszcie po 3 tyg napisałam posta i go mi zjadło :evil: W skrocie, dla mnie to naturalne, że osoby pragnące adoptować dzieci chcą dzieci zdrowe i zaraz po urodzeniu, a ci co adoptują chore i starsze to już bohaterowie.
Co do osób z zagranicy, to powiem szczerze, ze nie wiem czy na rzeczywiście oni tak chętniej adoptują te chore dzieci. Na pewno w POlsce osoby z "zachodu" adoptują procentowo więcej tych dzieci niż Polacy, ale czy globalnie też tak jest, to nie mam pojęcia i śmiem wątpić. Po prostu adopcja zagraniczna jest bardzo w Polsce utrudniona i w zasadzie można zaadoptować tylko te dzieci, których nikt tu na miejscu nie chce... Pytanie tylko jaki procent stanowią oni na tle pozostałych osób adoptujących z ich kraju? Ludzie adoptują dzieci w przeważającej części dlatego, że nie moga miec dzieci biologicznych, dlatego też nie widzę nic dziwnego, oburzającego, ani smutnego w tym, że wolą miec dzieci zdrowe i noworodki - oni pragną realizować swój instykt rodzicielski. Zresztą każdy z nas może zaadoptować dziecko starsze lub chore, albo tak jak Jadwiga stworzyć im rodzinę zastępczą. To takie smutne, że się rozmnażamy bez opamiętania, jak na świecie jest tyle dzieci opuszczonych, chorych, itp...


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 10:36 
Offline
Generalissimus domownikuss
Awatar użytkownika

Dołączenie: 17 Cze 2007, 01:15
Posty: 2960
Miejscowość: Warszawa
O widzę, ze w między czasie Bezdzietni napisał/a cos o co mi chodziło... Naprawdę to trudno tak zrozumieć, że adoptuje się dzieci z chęci BYCIA RODZICEM, a nie z jakiegoś innego powołania. Wspaniale, że są ludzie tak oddani idei pomocy innym, tak wrażliwi i dobrzy, że stwarzają dom dla dzieci odrzuconych przez wszystkich, tyle, jednak nie wymagajmy od wszystkich postawy heroicznej, pozwólmy się ludziom cieszyć rodzicielstwem, tak jak i nam jest to dane...


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 11:20 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
Cytuj:
Czy nie chiałaś budzic się w nocy i zmieniac pieluszek, karmic, czy nie chciałaś uczyc siadania na nocniczek, czy nie chciałał patrzec na pierwsze kroczki, czy nie chciałaś usłyszczec pierwszych słow swojego dzieciatka...etc. Z naszej strony adopcja małego dzieciątka nie jest egoizmem, lecz normalnym zdrowym pragnieniem rodzicielskim. Kolejne dzieciatko będzie starsze, a może uda nam się adopctowac rodzeństwo.
Dlaczego zdrowe, lub prawie zdrowe? Przecież żyjemy w Polsce, w której służba zdrowia jest do ..... Wiem, jest w tym egoizm, ale nic nie poradzę. Gdy adoptujemy ja od pierwszego dnia adopcji przestaję pracowac, lecz nie będzie nas stac na utrzymanie bardzo chorego dziecka, z nikąd nie dostaniemy pomocy, nie będziemy mogli liczyc na pomoc od służby zdrowia. Niestety takie są realia, dlatego rodzice adopcyjni w Polsce nie decydują się na adopcję bardzo chorych dzieci. Mnie osobiśie to boli i zarazem wkurza, bo każde dziecko zasługuje na normalny, kochający dom.


Bez urazy dla Was Mamy, pomiędzy nami jest linia, której nie jesteśmy w stanie przekroczyc, Wy macie swoje dzieci a my ich nie mamy i drogą naturalną miec nie będziemy. Trudno zrozumiec czasem Wasze myślenie, tak samo jak Wam trudno zrozumiec nasze postępowanie.


nie bójcie się nas urażać Bezdzietni. piszcie wprost jak to widzicie. Dobrze, że napisałaś.

Czy w ciąży nie modlimy się o zdrowe dziecko, nie pragniemy tego, a te życzenia,: byle zdrowe było ???

Nie, to nie egoizm. jesli ktos czuje się na siłach mieć chore dziecko, to myślę, że musi przejść wcześniej jakiś proces związny być może z wykształceniem (wewnetrzne zainteresowania kierują go rejonom związanym z chorobami, rehabilitacją), może z jakimiś doświadczeniami życiowymi. Swego czasu przyglądałam sie forum dla mam chorych dzieci. Na portalu gazeta.pl funkcjonuje już kilka lat takie forum. Stawanie sie rodzicem dziecka ciężko chorego, niepełnosprawnego, to proces. najpierw jest negacja, potem przechodzi się różne fazy. matki takich dzieci nazywają sienie "matkami holenderskimi". Ciąża była wykupieniem biletu do słonecznych Włoch, a wylądaowały w zapłakanej deszczem Holandii.
Proces przestosowania jest długi często bolesny, często zmieniają się konfiguracje w małżeństwie, często jedna ze stron znika. No tak bywa.

To nie jest układanka z puzzli, gdzie dane są takie ładnie dopasowane, o regularnych końcach. Tutaj potrzeba odpowiedziec na jakiś wewnętrzny kod, który się w sobie nosi.
Nasi Bezdzietni piszą o kodzie bycia rodzicem. jednych z silniejszych kodów, sił, jakie teraz odczuwają. To nie logiczna układanka, zabawa w grę słów. To ich prawdziwe życie, siła, która ich teraz pcha do działania. Mieć dziecko. na ten kod trzeba odpowiedzieć.
To prawda, że nam trudno zrozumieć. może pojawia się u co poniektórych namiastka tego co czujecie, kiedy trafia się niemozność zajścia w ciążę. Mimo naszej dzietności u nas to się trafia. Wtedy udaje nam sie dotknąć Waszej trudnej do zrozumienia tajemnicy. Ale my często możemy popatrzeć na nasze starsze.

bardzo bym chciała, żeby Wam się udało. Wierzę w to, wierze, że będzie pełno Waszych wpisów w wątku "chwalimy się dziećmi"

też miłej niedzieli życzę, mocno kibicuję

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 14:38 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
Cytuj:
Haniutka Twoje kolejne słowa, które ranią. Czekamy w OAO na małe dziecko bez względu na płec i dopuszczamy by dzieciątko było chore lecz ma to niestety granice. Dlaczego małe? Proszę byś i Ty i inne szczęśliwe mamy pomyślały o swojej pierwszej ciąży, pierwszy narodzonym dzieciątku. Czy nie chiałaś budzic się w nocy i zmieniac pieluszek, karmic, czy nie chciałaś uczyc siadania na nocniczek, czy nie chciałał patrzec na pierwsze kroczki, czy nie chciałaś usłyszczec pierwszych słow swojego dzieciatka...etc. Z naszej strony adopcja małego dzieciątka nie jest egoizmem, lecz normalnym zdrowym pragnieniem rodzicielskim. Kolejne dzieciatko będzie starsze, a może uda nam się adopctowac rodzeństwo.
Dlaczego zdrowe, lub prawie zdrowe? Przecież żyjemy w Polsce, w której służba zdrowia jest do ..... Wiem, jest w tym egoizm, ale nic nie poradzę. Gdy adoptujemy ja od pierwszego dnia adopcji przestaję pracowac, lecz nie będzie nas stac na utrzymanie bardzo chorego dziecka, z nikąd nie dostaniemy pomocy, nie będziemy mogli liczyc na pomoc od służby zdrowia. Niestety takie są realia, dlatego rodzice adopcyjni w Polsce nie decydują się na adopcję bardzo chorych dzieci. Mnie osobiśie to boli i zarazem wkurza, bo każde dziecko zasługuje na normalny, kochający dom.



Rozumiem doskonale pragnienie posiadania dziecka, przewijania, całowania maleńkich stópek...a przez to, ze przeszłam także staranie sie o kolejne dziecko, które jakos nie przychodzi, rozumiem tez poczucie rozczarowania i wkręcanie się w temat "ja chcę dziecko", który potrafi przesłonic rozsądek...

ale moja odp. była na

Cytuj:
jest też wiele takich Aniołów, do kogo nie ma kto mówić "mamusiu" .....



bo to trochę dorabianie "anielskości" do zwykłej biologicznej potrzeby ludzi, którzy nie mogą tej potrzeby w naturalny sposób spełnić. Na bocianie można czasem zaobserwowac postawę typu "ja mam prawo do zdrowego niemowlęcia" i marzenie, by więcej matek je dla nich rodziło z jednoczesna postawa pogardy i odrzucenia dla tych biologicznych kobiet, które decydują sie na oddanie dziecka... taka dziwna mieszanka...
i o ile jestem np. zwolenniczka in vitro i uważam, że ludzie mogą starac się o swoje biologiczne dziecko ze wszystkich sił,
to jednak z dzieckiem do adopcji nie uważam, że mozna je powierzyć każdemu tylko dlatego, że on marzy by byc rodzicem, a nie może.
Przepraszam, ale tu akurat jest ważniejsze dobro dziecka, spełnienie jego marzeń o rodzinie, a nie spełnianie marzeń bezdzietnych i osobiście wydaje mi sie, że jesli dla oczekujących na dziecko adopcyjne, jest najważniesze na świecie, by je mieć, to jest bliskie obsesji i niekoniecznie dobre będzie dla dziecka znalezienie się w takiej rodzinie. Chociaz oczywiście nie mnie oceniac na odległośc, marzenia marzeniami, ale dziecko to przede wszystkim istota żywa i jej interesy sa na pierwszym miejscu, a tym interesem jest zapewnienie jej zdrowej, stabilnej emocjonalnie/psychicznie i materialnie rodziny. jeżeli ta rodzina funkcjonuje źle tylko dlatego, że nie ma w niej dziecka, znaczy, że nie jest stabilna, a ono nie jest na to lekarstwem.

Wiecie, kiedys bezdzietni brali po prostu do siebie jakas okoliczna sierotę na wychowanie, nie czekając latami, az urodzi się to wymarzone niemowlę, tak zrobiła np. moja dalsza ciotka ( w zasadzie babko siostra), bo po prostu los jej do dziecko "podetknął pod nos", a ona nie wybrzydzała, bo chciała po prostu dac dziecku swoją miłosc i opiekę.
A moja prababka wyszła za mąz za wdowca z 3 dzieci i wychowała je jak swoje (własnych bio nie miała).

Dlatego zrozumiałe wydaje mi sie marzenie o dzidziusiu na rękach, ale jeśli rzeczywistośc jest jaka jest, czyli więcej jest do wzięcia dzieci większych, to wtedy czekanie latami na niemowlęcia i odrzucanie innych dla mnie oznacza, ze rodzice adopcyjni maja jakąs swoja idee fixe na tym punkcie i nie sa otwarci na przyjęcie dziecka, tylko realizuja swoją idee...
Ja mam na mysli głównie wiek i płec dziecka.



Cytuj:
jesli ktos czuje się na siłach mieć chore dziecko, to myślę, że musi przejść wcześniej jakiś proces związny być może z wykształceniem (wewnetrzne zainteresowania kierują go rejonom związanym z chorobami, rehabilitacją), może z jakimiś doświadczeniami życiowymi. Swego czasu przyglądałam sie forum dla mam chorych dzieci. Na portalu gazeta.pl funkcjonuje już kilka lat takie forum. Stawanie sie rodzicem dziecka ciężko chorego, niepełnosprawnego, to proces. najpierw jest negacja, potem przechodzi się różne fazy. matki takich dzieci nazywają sienie "matkami holenderskimi". Ciąża była wykupieniem biletu do słonecznych Włoch, a wylądaowały w zapłakanej deszczem Holandii.
Proces przestosowania jest długi często bolesny, często zmieniają się konfiguracje w małżeństwie, często jedna ze stron znika. No tak bywa.


Dziecko chore to inna bajka... tu musza byc prawdziwe Anioły, by sprostały zadaniu.

Chociaz jak sobie mysle np. mnie osobiście chyba byłoby łatwiej zaadoptowac chore dziecko, bo o tym wiedziałabym od początku, i to byłaby świadoma decyzja, a przy biologicznym jest to oczekiwanie, ciąża, i potem ta rozpacz, że jednak nie jest zdrowe, to sie inaczej przezywa tu trudniej o akceptację.
Jakoś jak mysle o biologicznym dziecku, to bardzo sie boje o jego zdrowie, a adoptowane tak jakby do nas juz przychodzi ze swoim bagażem, o którym wiemy.

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 20:35 
Offline
nowicjusz domowy

Dołączenie: 17 Kwi 2009, 20:46
Posty: 7
Cytuj:
Rozumiem doskonale pragnienie posiadania dziecka, przewijania, całowania maleńkich stópek...a przez to, ze przeszłam także staranie sie o kolejne dziecko, które jakos nie przychodzi, rozumiem tez poczucie rozczarowania i wkręcanie się w temat "ja chcę dziecko", który potrafi przesłonic rozsądek...


Życzę Ci byś doczekała się dziecka na, które czekasz.
Jeśli chodzi o nas nie wkręcamy się w temat "ja chcę dziecko" bo nie jesteśmy egoistami, nie widzimy w tym własnego interesu, bo też jaki miałby on byc? Kiedy ktoś myśli o interesie to chce z tego miec korzyści a nie tylko nakłady. Oboje jesteśmy zdrowi psychicznie, zrównoważeni emocjonalnie i mamy racjonalne podejście do życia.

Cytuj:
ale moja odp. była na:

jest też wiele takich Aniołów, do kogo nie ma kto mówić "mamusiu" .....


Czy wg Ciebie nie zasługujemy na to by spragnione miłości i ciepła dziecko mówiło do nas mamusiu, tatusiu?

Cytuj:
bo to trochę dorabianie "anielskości" do zwykłej biologicznej potrzeby ludzi, którzy nie mogą tej potrzeby w naturalny sposób spełnić. Na bocianie można czasem zaobserwowac postawę typu "ja mam prawo do zdrowego niemowlęcia" i marzenie, by więcej matek je dla nich rodziło z jednoczesna postawa pogardy i odrzucenia dla tych biologicznych kobiet, które decydują sie na oddanie dziecka... taka dziwna mieszanka...


Również podczytuję bociana i nie podobają mi się niektóre wpisy. My nie czujemy pogardy dla mam biologicznych, takim mamom należy się szacunek za to, że darowały swojemu dziecku życie i prawo do życia w rodzinie, która da dziecku wszystko czego mama biologiczna nie mogła dac.

Cytuj:
i o ile jestem np. zwolenniczka in vitro i uważam, że ludzie mogą starac się o swoje biologiczne dziecko ze wszystkich sił,
to jednak z dzieckiem do adopcji nie uważam, że mozna je powierzyć każdemu tylko dlatego, że on marzy by byc rodzicem, a nie może.
Przepraszam, ale tu akurat jest ważniejsze dobro dziecka, spełnienie jego marzeń o rodzinie, a nie spełnianie marzeń bezdzietnych i osobiście wydaje mi sie, że jesli dla oczekujących na dziecko adopcyjne, jest najważniesze na świecie, by je mieć, to jest bliskie obsesji i niekoniecznie dobre będzie dla dziecka znalezienie się w takiej rodzinie. Chociaz oczywiście nie mnie oceniac na odległośc, marzenia marzeniami, ale dziecko to przede wszystkim istota żywa i jej interesy sa na pierwszym miejscu, a tym interesem jest zapewnienie jej zdrowej, stabilnej emocjonalnie/psychicznie i materialnie rodziny. jeżeli ta rodzina funkcjonuje źle tylko dlatego, że nie ma w niej dziecka, znaczy, że nie jest stabilna, a ono nie jest na to lekarstwem.


Nasza niemoc posiadania własmych biologicznych dzieci jest tak wielka, że nawet in vitro nic nie wskórało. Gdyby na świecie była taka metoda, że mogłabym zajśc w ciążę to byśmy to zrobili bo starając się o adopcję czujemy się jak żebracy. Żebrzemy o miłośc do dziecka, o prawo do niego, o jego prawo do szczęśliwego zycia.
Nie rozumiem dlaczego dopatrujesz się w nas egoistów, dla których adopcja ma byc lekiem na bezdzietnośc. My nie chcemy adoptowac dla oka innych. Jak sobie wyobrażasz naszą adopcję? Czy myślisz, że mała istota, która będzie przy naszym boku, która będzie trzymac nas za ręce i mówic mamusiu, tatusiu będzie na pokaz? A gdy oko nie będzie patrzec to w kąt z dzieckiem, do klatki?

Cytuj:
Wiecie, kiedys bezdzietni brali po prostu do siebie jakas okoliczna sierotę na wychowanie, nie czekając latami, az urodzi się to wymarzone niemowlę, tak zrobiła np. moja dalsza ciotka ( w zasadzie babko siostra), bo po prostu los jej do dziecko "podetknął pod nos", a ona nie wybrzydzała, bo chciała po prostu dac dziecku swoją miłosc i opiekę.


Proszę wskaż taką okolicę a my tam pojedziemy i weźmiemy dziecko na wychowanie. Kiedyś czasy były inne, teraz za samowolne wzięcie dziecka grozi sąd i podejrzenie o wiele przykrych spraw określanych takimi słowami, że nie chcą przejśc przez gardło.

Cytuj:
A moja prababka wyszła za mąz za wdowca z 3 dzieci i wychowała je jak swoje (własnych bio nie miała).


Ja już mam męża, kochamy się, szanujemy i sobie ufamy, więc o rozwodzie nie ma mowy.

Cytuj:
...oznacza, ze rodzice adopcyjni maja jakąs swoja idee fixe na tym punkcie i nie sa otwarci na przyjęcie dziecka, tylko realizuja swoją idee...Ja mam na mysli głównie wiek i płec dziecka.


Nic nie rozumiesz. My nie określiliśmy płci, tylko wiek i granicę chorób.

Marzenie o dziecku to nie grzech, chęc jego posiadania to nie grzech, chęc bycia szczesliwym rodzicem i rodziną to też nie grzech.

Napiszę jeszcze raz:
- jesteśmy zdrowi psychicznie,
- jesteśmy ustabilizowani emocjonalnie,
- kochamy się,
- szanujemy'
- ufamy sobie,
- mamy w sobie wiele miłości dla dzieci, których nie mamy,
- marzymy o dziecku i nie jest to fanaberią, lecz zdrowym instynktem,
- chcemy móc kochac dziecko/ci
- chcemy wychowac, kształcic, pielegnowac, dawac siebie i dostawac ciepłe uściski, ciepłe usmieszki i słyszec szczęliwy śmiech.
- chcemy słyszec mamusiu, tatusiu kocham was.....
- my w dziecku nie widzimy interesu i nie chcemy by dziecko miało interes w nas.

To by było na tyle, trochę Haniutka mnie sprowokowała swoim wpisem. Z całą świadomością mogę powiedziec, że Haniutka nie rozumie bezdzietności.

Pozdrawiam cały wątek i życzę samych miłych chwil.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 21:17 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
Cytuj:
Nic nie rozumiesz. My nie określiliśmy płci, tylko wiek i granicę chorób.
....

Napiszę jeszcze raz:
- jesteśmy zdrowi psychicznie,
- jesteśmy ustabilizowani emocjonalnie,
- kochamy się,
- szanujemy'
- ufamy sobie,
- mamy w sobie wiele miłości dla dzieci, których nie mamy,
- marzymy o dziecku i nie jest to fanaberią, lecz zdrowym instynktem,
- chcemy móc kochac dziecko/ci
- chcemy wychowac, kształcic, pielegnowac, dawac siebie i dostawac ciepłe uściski, ciepłe usmieszki i słyszec szczęliwy śmiech.
- chcemy słyszec mamusiu, tatusiu kocham was.....
- my w dziecku nie widzimy interesu i nie chcemy by dziecko miało interes w nas.

To by było na tyle, trochę Haniutka mnie sprowokowała swoim wpisem. Z całą świadomością mogę powiedziec, że Haniutka nie rozumie bezdzietności.



"Bezdzietni", pisząc w moich odpowiedziach "bezdzietni" nie miałam na mysli konkretnie Was o tym nicku...
bardzo mozliwe, ze jesteście tacy jak piszecie i ok. w takim razie mój wpis nie dotyczy Was,więc nie wiem czemu odniesliście go do siebie
(byc moze chodzi o troche niefortunny nick, bo teraz wszystko co napiszą inni pisząc ogólnie bezdzietni, będziecie brali do siebie osobiście )
Ja nie pisze o was konkretnie, i Waszej konkretnej sytuacji, której nawet nie znam, tylko ogólnie o obrazie bezdzietnych jaki mi sie nasunął po lekturze niektórych forów o adopcji.

z tym że nie rozumiem bezdzietności mogę się całkowicie zgodzić, nie byłam w takiej sytuacji (oczywiście mam na mysli bezdzietnosc niechcianą )

Cytuj:
Jeśli chodzi o nas nie wkręcamy się w temat "ja chcę dziecko" bo nie jesteśmy egoistami, nie widzimy w tym własnego interesu, bo też jaki miałby on byc? Kiedy ktoś myśli o interesie to chce z tego miec korzyści a nie tylko nakłady. Oboje jesteśmy zdrowi psychicznie, zrównoważeni emocjonalnie i mamy racjonalne podejście do życia.


Nie wiem dlaczego napisaliście w takim kontekście, ale ok, skoro juz, to interesem rodzica adopcyjnego jest własnie spełnienie biologicznego insynktu posiadania dziecka, marzenia o dziecku, tego usłyszenia " mamo, tato"... oczywiście sa i nakłady, takie jest zycie i własnie o to chodzi, by w rodzinie adpocyjnej, (a także naturalnej) były zachowane interesy obu stron, dziecka i rodziców, a przede wszystkim dziecka, bo jego największym interesem jest wyrastac w zdrowej normalnej rodzinie.


Cytuj:
Proszę wskaż taką okolicę a my tam pojedziemy i weźmiemy dziecko na wychowanie. Kiedyś czasy były inne, teraz za samowolne wzięcie dziecka grozi sąd i podejrzenie o wiele przykrych spraw określanych takimi słowami, że nie chcą przejśc przez gardło.


Pisząc o przykładach moich babek miałam na mysli ich otwartość na przyjęcie dzieci, takich jakie los podsunał, nie czekanie na upragniony "model".

W obecnych czasach na Twoje pytanie moge odpowiedzieć jedynie: objedźcie okoliczne domy dziecka, założę się, że jakieś dziecko tam czeka na swojego Anioła...
Adopcja poprzez OA nie jest jedyna mozliwością w naszym kraju.

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 22:18 
Offline
nowicjusz domowy

Dołączenie: 17 Kwi 2009, 20:46
Posty: 7
Cytuj:
"Bezdzietni", pisząc w moich odpowiedziach "bezdzietni" nie miałam na mysli konkretnie Was o tym nicku...
bardzo mozliwe, ze jesteście tacy jak piszecie i ok. w takim razie mój wpis nie dotyczy Was,więc nie wiem czemu odniesliście go do siebie


Haniutka, dlaczego odnieśliśmy Twój wpis do siebie? Użyłaś słowa "bezdzietni" i to co napisałaś obejmowało zakresem ludzi bezdzietnych, którzy nie mają własnych dzieci a walczą o adopcję. My zaliczamy się do tej grupy społecznej bezdzietnych starających się właśnie o adopcję.
A czy jesteśmy tacy jak piszę nie nam to oceniac, oceniac mozna po lepszym poznaniu.

Cytuj:
interesem rodzica adopcyjnego jest własnie spełnienie biologicznego insynktu posiadania dziecka, marzenia o dziecku, tego usłyszenia " mamo, tato"... oczywiście sa i nakłady, takie jest zycie i własnie o to chodzi, by w rodzinie adpocyjnej, (a także naturalnej) były zachowane interesy obu stron, dziecka i rodziców, a przede wszystkim dziecka, bo jego największym interesem jest wyrastac w zdrowej normalnej rodzinie

Masz rację.
Słowo inters zastąpiłabym słowem pragnienie, spełnienie i potrzebą dawania siebie.

Cytuj:
W obecnych czasach na Twoje pytanie moge odpowiedzieć jedynie: objedźcie okoliczne domy dziecka, założę się, że jakieś dziecko tam czeka na swojego Anioła...
Adopcja poprzez OA nie jest jedyna mozliwością w naszym kraju.


Nie potrafimy chodzic do domów dziecka, dla nas dziecko to nie towar z półki. Może poźniej gdy adoptujemy będzie nam łatwiej. Poza tym pamiętam jak moja siostra jeździła do domu dziecka z oazą i potem opowiadała jak tam było. Było dzieciątko, które usiadło na jej wtedy młodych kolanach (17 lat) i powiedziało do niej "zostań moją mamusią". Dla nas ludzi bez dzieci byłoby to tragedią, tragedią bo nie można pomóc wszystkim dzieciom a poza tym wiele dzieci z domów dziecka ma nieuregulowane stany prawne.
OA nie jest jedyną możliwością. Masz chyba na mysli adopcję ze wskazaniem, ale znalezienie mamy biologicznej graniczy z cudem, niestety.

Haniutka, jeśli Cię zaatakowałm przepraszam. Wiele razy czytałam przykre dla nas komentarze pod róznymi artykułami. Najwięcej takich komentarzy można znaleźc pod artykułami o in vitro. Ręce opadją od bzdur, które ludzie potrafią wypisywac.

Dobrej nocy.


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 22:55 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
Cytuj:
Haniutka, jeśli Cię zaatakowałm przepraszam. Wiele razy czytałam przykre dla nas komentarze pod róznymi artykułami. Najwięcej takich komentarzy można znaleźc pod artykułami o in vitro. Ręce opadają od bzdur, które ludzie potrafią wypisywac.

znając Hanię kilka lat (co prawda wirtualnie tylko) myślę, że z nią można pisać jak najbardziej szczerze i ostro także. Hania miała jeszcze niedawno walczącego samuraja w sygnaturce. nieraz potrafiła pod prąd dzielić tutaj włos na czworo, taki dociekliwy typ z niej.
Nieraz tu burze bywały, że ho, ho
czasami potrafiła się dokopać dzieki swojemu uporowi do fascynujących argumentów, tam, gdzie nikt ich nie szukał. Ścieranie się z Hanią jest owocne:), choć czasami deprymujące;)
Wasze podejście jest też dla mnie nauką. pamiętam, że pisząc na portalu gazeta.pl spięłam się kiedyś z mamą jednej (w sensie jedynej) dziewuszki. Okazało się, że niechcący nadepnęłam na jej traumę, często ona jaki mam jedynaka odbierana była jako egoistka. A ona pisała na forum dla wielodzietnych, bo chciała jakoś skanalizować tęsknotę za następnymi dziećmi. Niestety z przyczyn medycznych nie było to jej dane. bardzo trudna to byłą rozmowa, bo ona ciężko odbierała wpisy neutralne, ale także wielodzietne nie mogły zrozumieć, że ona może cierpieć widząc duże rodziny. Po prostu taki odruch. Ona pisała szczerze, one odpowiadały szczerze.
Mimo prób cieżko było się dogadać.
Ja mam świadomość, że w takim wypadku internet jest łącznikiem miedzy ludźmi, a nie tylko platformą wymiany argumentów. Że mogę przy okazji takiej wymiany zdań dotknąć... prawdy, dowiedzieć się o odczuciach
Dlatego bardzo się cieszę z takich kontaktów.

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 23:50 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
Cytuj:
znając Hanię kilka lat (co prawda wirtualnie tylko) myślę, że z nią można pisać jak najbardziej szczerze i ostro także. Hania miała jeszcze niedawno walczącego samuraja w sygnaturce. nieraz potrafiła pod prąd dzielić tutaj włos na czworo, taki dociekliwy typ z niej.
Nieraz tu burze bywały, że ho, ho
czasami potrafiła się dokopać dzieki swojemu uporowi do fascynujących argumentów, tam, gdzie nikt ich nie szukał. Ścieranie się z Hanią jest owocne:), choć czasami deprymujące;)


łaaaał, łaaał, łaaał :oops: :oops: :oops: :mrgreen:


Generalnie w takich dyskusjach, gdzie jest strona, która ma jakas stratę ( a brak dziecka też jest jakąś stratą, jesli ktos go bardzo pragnie) trudno jest wypośrodkować, bo chcąc napisac cos szczerze, mozna dotknąc tą druga stronę (pamiętacie mame dziecka bez mózgu, która znalazła przez przypadek nasza dyskusje na ten temat? ), a z drugiej strony nie moge kłamac i udawać, że myslę inaczej, niz myslę.
Można nie wchodzić w dyskusje, jesli kogos cos bardzo rani, albo własnie "zapisać się" do grupy podobnych, bo wiadomo, " syty głodnego nie zrozumie" i "punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia", sama sie o tym wielokrotnie przekonałam.

Wiadomo, że bezdzietni sa grupa coraz większą (jak donoszą publikacje medyczne) i wśród tej grupy, jak w każdej sa ludzie rózni i maja róznie pojete "interesy", czy tez pragnienia.

Ale nie obraźcie się, jeśli ktos bardzo chce miec dziecka, to ono jest i czeka, argument:

Cytuj:
Nie potrafimy chodzic do domów dziecka, dla nas dziecko to nie towar z półki. Może poźniej gdy adoptujemy będzie nam łatwiej. Poza tym pamiętam jak moja siostra jeździła do domu dziecka z oazą i potem opowiadała jak tam było. Było dzieciątko, które usiadło na jej wtedy młodych kolanach (17 lat) i powiedziało do niej "zostań moją mamusią". Dla nas ludzi bez dzieci byłoby to tragedią, tragedią bo nie można pomóc wszystkim dzieciom a poza tym wiele dzieci z domów dziecka ma nieuregulowane stany prawne.


Dla mnie jest oznaka, że własnie czekacie na konkretnie dziecko, które ma odpowiadac waszym kryteriom, jakie zaznaczyliście w OA i takie troszke usprawiedliwianie się, że to , ze tamto...
a adoptując dziecko za pośrednictwem OA też przeciez nie pomożecie wszystkim dzieciom, więc co to za argument??? że niby "czego oko nie widzi tego sercu nie żal" ???
a nie pomysleliście, że idąc do domu dziecka, to dziecko Was wybierze, a nie na odwrót? a może własnie tego się boicie? że wybierze was dziecko inne niż w Waszych marzeniach...?

Moi znajomi adoptowali niespełna roczne dziecko, spotkali je w domu dziecka, dlaczego własnie je? bo odwiedzali kilkukrotnie i dziecko ich ewidentnie zaakceptowało.

i cytat z art poniżej

Cytuj:
" Niektórym ludziom, którzy myślą o adopcji, wydaje się, że będą wybierać dzieci, że muszą sami poczuć, że to właśnie ich syn czy córka. Nic bardziej mylnego. To dziecko musi zaakceptować rodzica. To ono decyduje, czy powstanie rodzina.

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Ostatnio edytowany przez Haniutka 25 Maj 2009, 00:04, edytowano w sumie 2 razy

Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 24 Maj 2009, 23:52 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
Polecam bardzo, jestem zachwycona ta kobietą i jej podejściem do własnie adopcji (i nie chodzi tu o liczbę dzieci, chociaż jest imponująca) tylko własnie o taka otwartość na przyjęcie dziecka

http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy ... ulicy.html

Kiedy wrócił z pracy, zjedliśmy gołąbki, a przy kawie powiedziałam: 'Wiesz, Krzysiu, mamy dwoje dzieci'. 'Jak to dwoje?' 'No Agnieszkę i Jasia'. 'A, to dobrze' - odpowiedział

Nigdy bym nie pomyślała, że będę miała tyle dzieci. Był czas, kiedy myślałam, że nie będzie już żadnego. W stanie wojennym byłam w ciąży. Podczas zatrzymania pobili mnie esbecy i straciłam dziecko. I szanse, że kiedykolwiek jeszcze uda mi się urodzić. Cóż, takie życie. Musiałam zacząć wszystko od nowa, wyjechałam z Gdańska. W 1986 r. lekarze wykryli u mnie nowotwór, rokowania były złe. Wróciłam do domu, w akademii medycznej zrobili mi operację. Udała się...

Miałam mieszkanie w gdańskim Brzeźnie. W pobliżu był warzywniak, w którym często robiłam zakupy. Prowadził go Krzysztof. Miły, sympatyczny, dobrze nam się rozmawiało. W końcu zaprosiłam go na imieniny. Pobraliśmy się po trzech miesiącach. Od razu postanowiliśmy, że dzieci mieć nie będziemy. Jak nie można, to nie można. Nie ma o czym mówić. Instynktu matki nie da się jednak zagłuszyć. Mogłam sobie planować życie bez dzieci - miałam w końcu 35 lat. Ale jak tylko pojawiła się okazja, plany szlag trafił. Wystarczyło, że mama wróciła z wizyty u rodziny w Bieszczadach z informacją, że 'jest do wzięcia dziecko'. Tylko muszę się decydować natychmiast. No i nie wahałam się ani chwili. Tego pragnienia bycia matką nie da się wytłumaczyć. Trzeba to poczuć, inaczej się nie zrozumie. Wsiadłam w pociąg i następnego dnia wróciłam już z Agnieszką. Szybko stała się naszym dzieckiem naturalnym. W ciągu dwóch miesięcy załatwiliśmy pełną adopcję. Nie było kłopotu. Wiecie, jestem człowiekiem, który potrafi różne sprawy załatwić. Ciężej mi idzie, gdy w grę wchodzą moje sprawy osobiste, ale tu przecież chodziło o czyjeś życie... Był początek 1987 roku, Agnieszka miała dwa i pół roku. Dobrze nam się żyło we trójkę w naszym małym mieszkanku na gdańskim Brzeźnie. I tak już miało zostać.

Wiadomość o ciężkiej chorobie sąsiadki, z którą byłam mocno zżyta, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Była przykuta do łóżka, a ja starałam się jej pomagać, jak mogłam. Często opiekowałam się jej 14-letnim Jasiem. Kiedy zmarła, z chłopcem miała zamieszkać jego ciocia. Na rozprawę o ustalenie opieki dostałam wezwanie jako świadek. A ta ciocia ni z tego, ni z owego w sądzie wstała i oświadczyła, że naradzili się z mężem, są małżeństwem rozwojowym i zaopiekować się Jasiem nie mogą. Sędzina na to, że Jasiu trafi do domu dziecka. To ja wtedy wstałam i powiedziałam, że 'niestety', ale ja go biorę. Po prostu nie wytrzymałam, to był impuls. Ale skończyła się rozprawa i dopiero zaczęłam się bać. Przecież takich decyzji nie podejmuje się samemu, mężczyzna też musi się zgodzić. Jechałam do domu z duszą na ramieniu. No i znalazłam sposób. Wiadomo, jak najlepiej trafić do mężczyzny - przez żołądek. Wysprzątałam mieszkanie i zrobiłam jego ulubione gołąbki. Kiedy wrócił z pracy, zjedliśmy, a potem, przy kawie, powiedziałam po prostu: 'Wiesz, Krzysiu, mamy dwoje dzieci'.

'Jak to dwoje?'

'No Agnieszkę i Jasia'.

'A, to dobrze' - odpowiedział. Tak zwyczajnie. Żadnych więcej pytań. I powiedzcie, czy ja nie mam fantastycznego męża?

Pamiętam, że był maj 1988 roku, kiedy zamieszkaliśmy w czwórkę. Jasiu już po kilku miesiącach mówił do nas 'mamo' i 'tato'. Szybko stworzyliśmy zgraną rodzinę i tak już miało zostać.

W wakacje wyjechałam z dziećmi w Bieszczady - na obóz dla rodzin zastępczych i rodziców adopcyjnych. I okazało się tam, że sprawdzam się jako opiekun. Organizowałam dzieciom wycieczki, zabawy. Kiedy się rozstawaliśmy, dzieci płakały, potem pisały do mnie listy. A ja poczułam, że w takiej pracy odnajduję sens życia. Wróciłam do domu. W głowie zaczęła kiełkować myśl, że... może moglibyśmy mieć więcej dzieci. Na obozie namawiano mnie zresztą na stworzenie rodzinnego domu dziecka. Zaczęłam mężowi truć, ale on postawił sprawę twardo: 'Nie, kobieto, nie ma mowy. To nie są piłeczki pingpongowe. To jest decyzja na całe życie. Dajmy temu spokój'. No to daliśmy. Tak mniej więcej do Bożego Narodzenia.

Krótko przed świętami zadzwoniła do nas pani z ośrodka adopcyjnego, którą poznałam na obozie w Bieszczadach, z informacją, że 'jest dziewczynka'. Starsza o rok od naszej Agnieszki, a nasza córcia akurat bardzo chciała mieć siostrzyczkę. Wiedząc o tym, mąż tym razem nie zaoponował. Pojechaliśmy do ośrodka zdecydowani, ale okazało się, że ktoś już dziewczynkę zabrał. Dowiedzieliśmy się za to, że jest inna, która 'by mogła do nas iść'. Ale ma dziesięć lat, jest tzw. dzieckiem trudnym, czyli z problemami. Mąż od razu stwierdził: 'Nawet nie ma mowy'. Ale pani dyrektor ośrodka chyba widziała moją minę, bo zostawiła nas samych i kazała się chwilę zastanowić. No i postanowiliśmy, że zaprosimy dziecko na święta, choć mąż powtarzał, że nie powinno się tak robić - wziąć małą, pokazać, jak się żyje w normalnej rodzinie, a potem odstawić z powrotem. Wiem, że miał rację, ale wtedy udało mi się go przekonać. Na szczęście. Olusia przyjechała do nas i już drugiego dnia świąt powiedziała, że bardzo by chciała zostać. Siedliśmy z mężem, żeby podjąć decyzję. Ale co tu było podejmować? Olusia od początku mówiła do nas 'mamo' i 'tato'. Mieliśmy jakieś wyjście? Jeśli tak, nie przyszło nam do głowy. I w ten sposób zrobiło się nas pięcioro.

Opowieści o 'trudnym' dziecku okazały się... no cóż, powiedzmy, że na wyrost. Bo na czym polegała ta trudność? Że dziecko się moczy w nocy? Też mi coś. Zresztą to się szybko skończyło.

Przez kilka lat żyliśmy sobie spokojnie. Plany stworzenia rodzinnego domu dziecka gdzieś tam we mnie drzemały, ale odłożyłam je na nieokreśloną przyszłość. Jesienią 1994 roku mocno zachorowała teściowa. Podczas jednej z wizyt w szpitalu długo sobie rozmawiałyśmy. Zwierzyłam się, że czasem myślę o większej, duuużo większej rodzinie. A ona na to: 'Ty wiesz, że to jest dobry pomysł. Jak uda mi się z tego wyjść, to też wam pomogę'. Nie wiem, czy po tym rozmawiała jeszcze z Krzyśkiem, ale któregoś dnia siedliśmy po obiedzie i temat się pojawił. A wtedy już - wiecie - kropla drąży skałę. Jesienią zdecydowaliśmy się na rodzinny dom dziecka. Tzn. zdecydowaliśmy my, dorośli. Od razu jednak zastrzegliśmy, że zgodzić się muszą wszyscy domownicy. Usiedliśmy w kuchni przy stole. Mąż pyta Jasia, który miał już wtedy 17 lat, co on na to. A Janek: 'Bardzo chciałbym. Mnie pomogliście, to może teraz innym też pomożemy'. 'Ola, a ty?' 'Tato, ja wam będę pomagać. Obiecuję'. A najmniejsza, Agnieszka, zaczęła płakać. Myślę sobie: 'No to po ptokach'. Mąż pyta: 'A czemu ty płaczesz?'. 'No bo te dzieci są takie biedne'. Decyzja zapadła... Dostaliśmy listę dzieci, które mogą trafić do rodzinnego domu dziecka. Mąż wypatrzył na niej pięcioro naturalnego rodzeństwa. Postanowiliśmy ich wziąć. Sabina miała siedem lat, Marlena pięć, Sylwia cztery, Patrycja trzy, a najmłodszy - Łukasz - dwa latka. Trafiły do nas w grudniu. Na Boże Narodzenie było nas już dziesięcioro (my i ośmioro dzieci).

Boże Narodzenie to świetny czas na wprowadzanie dzieci do rodziny. Jest Gwiazdka, są prezenty. Rodzina w komplecie przy choince. Jest jednak i druga strona medalu. Wszystko kosztuje. A dzieci przychodzą tylko z tym, w co akurat są ubrane. Wyprawek żadnych nie dostają, wszystko trzeba kupić. I jest ciężko. Ale przecież wiedzieliśmy, na co się decydujemy. Te nasze pierwsze wspólne święta były okropne. Na początku popełniłam podstawowy błąd. Każde dziecko dostało pod choinkę swoją paczkę, a w niej słodycze. A nasze nowe dzieci wszystkiego chciały spróbować od razu, jakby się bały, że to wszystko zniknie. Pakowały do buzi po obie rączki z czekoladkami naraz. No a potem ja przez całą noc biegałam i zmieniałam pościel, bo zaczęły się problemy żołądkowe.

O sielankę było trudno.

Dzieci przyszły prosto z domu dziecka, ze wszystkimi problemami, traumami, jakie tylko można sobie wyobrazić. Wszystkie miały chorobę sierocą, jedno się okaleczało. Chwilami nie wiedziałam, co robić, za co wziąć się najpierw. Pamiętam, jak pierwszej nocy myślałam sobie: 'Mój Boże, co ja narobiłam'. Ale powoli jakoś wszystko zaczęło się układać. Dostałam od siostry męża wózek - spacerówkę po jej Izie. I w tym wózku codziennie wieczorem po kolei usypiałam moje dzieci. Gdzieś tak po półtora roku znowu zadzwonili do nas z ośrodka z informacją, że 'jest chłopiec'. Janek już w tym czasie był w wojsku. Zostały same dziewczyny i jeden rodzynek - mój Łukasz. Był najmniejszy i żadna nie chciała mieć z nim do czynienia. Jak trafił do nas o rok starszy, pięcioletni Genio, Łukasz zyskał przynajmniej towarzysza zabaw. No i zrobiło się nas jedenaścioro. Z papierów, które dostałam z ośrodka adopcyjnego, dowiedziałam się, że ta moja piątka rodzeństwa ma jeszcze kolejnych braci i siostry. Zaczęłam szukać, ale jedna z dziewczynek - 15-letnia Monika - sama znalazła nas wcześniej. Mieszkała w domu dziecka w Tczewie. Pojechaliśmy z mężem na spotkanie. Monika spytała, czy może do nas przyjechać na weekend. Zabraliśmy ją w piątek po południu. W niedzielę przyszła do mnie do kuchni i mówi, że chce z nami zostać. Na wszystko się zgadza, będzie pomagać w domu, zrobi, co chcemy, byle tylko mogła zostać. Chciała już, natychmiast, żeby tylko nie wracać do Tczewa. Musieliśmy jej tłumaczyć, że w poniedziałek przecież musi iść do szkoły, a my musimy najpierw załatwić formalności.

W Tczewie dowiedzieliśmy się, że najwcześniej będziemy mogli zabrać Monikę w czwartek. Pamiętam, jak się rozstawaliśmy, a ona szła po schodach na górę, odwracała się do mnie i mówiła: 'Tylko, mamciu, błagam cię, przyjedź, tylko po mnie przyjedź'. A przecież ja wcale nie kazałam jej mówić do siebie 'mamo'. Tak jakoś samo wyszło. W czwartek mąż musiał pracować, więc pojechałam sama do Tczewa. Monika już na mnie czekała. Zaczęła wołać do dyrektora placówki: 'Jadę do domu, do mamy, do taty, nawet minuty tu już nie zostanę'. Dyrektor opowiadał: 'Ona o niczym innym nie mówi, tylko że koniecznie chce już być w tym domu. Nie wiem, czy ona tam złych ocen nie nałapała. Nic jej już nie interesuje, tylko dom'. Była wiosna 1995 roku, a my mieszkaliśmy już w dwanaścioro.

Pod koniec lipca - pamiętam dokładnie, bo właśnie wróciliśmy z dziećmi z wakacyjnej podróży do Berlina (pojechaliśmy tam naszym busikiem na zaproszenie mojego znajomego, który wyjechał na wakacje i zostawił nam klucze). Zadzwonili z ośrodka, że 'jest dwóch chłopców'. W statucie rodzinnego domu dziecka mieliśmy zapisane dwanaścioro dzieci, więc nie mogło być gadania, musieliśmy ich wziąć. Pamiętam jednak, że jak wyjeżdżaliśmy na pierwsze spotkanie, jedno z naszych dzieci poprosiło: 'Niech ich mama jeszcze nie przywozi. Są wakacje, pojedziemy jeszcze gdzieś razem. A jak będzie jeszcze dwójka, to pewnie nic z tego nie wyjdzie'. 'No dobrze, masz moje słowo, że od razu dzieci nie przywieziemy' - odpowiedziałam. Pojechaliśmy do ośrodka, dyrektor mówi: 'Pokażę państwu dzieci'. No i wchodzi takich dwóch knypków, a jeden mówi: 'Mamo, jak ja się cieszę, że w końcu po nas przyjechałaś'. No i po wszystkim - wróciliśmy z Tomkiem i Przemkiem. W domu pozostałe dzieci stwierdziły tylko: 'Wiedzieliśmy, że tak będzie'. Było nas czternaścioro (my i dwanaścioro naszych dzieci).

W jaki sposób tworzy się wielka rodzina? Ta szczególna więź? Nigdy nie było z tym problemu. Nasze dzieci najdalej po kilku dniach mówiły do nas 'mamo', 'tato'. Tak po prostu. Nikt ich do tego nie namawiał. Dochodziło do tego, że gdy nowe dziecko się zapominało i wołało: 'Proszę pani!', pozostałe je poprawiały: 'Panią to masz na ulicy'. Tylko się odwracałam, żeby nie parsknąć. Zanim jeszcze trafili do nas dwaj ostatni chłopcy, zmieniliśmy naszym dzieciom nazwisko - przyjęły nazwisko męża. Wcześniej każde nosiło inne. Dzieci źle się z tym czuły. Gdy pani w szkole wywoływała Olę do tablicy, ta nie reagowała. Tłumaczyła mi: 'Mamo, wszyscy się ze mnie śmieją, bo mam inne nazwisko niż ty'. Powiedziałam jej wtedy, by mówiła na odczepnego, że jest moim panieńskim dzieckiem. No ale w końcu raz na zawsze rozwiązaliśmy ten problem. Potem nazwisko męża przejęli też dwaj najmłodsi chłopcy. Sami chcieli, twierdząc, że w szkole ich przezywają. Okazało się, że nie przezywają, po prostu... wywołują po nazwisku. Dla nich to było przezwisko... Niektórym ludziom, którzy myślą o adopcji, wydaje się, że będą wybierać dzieci, że muszą sami poczuć, że to właśnie ich syn czy córka. Nic bardziej mylnego. To dziecko musi zaakceptować rodzica. To ono decyduje, czy powstanie rodzina. I tyle. My po prostu mieliśmy szczęście.

Od początku uczyłam swoje dzieci, że muszą się szanować, dzielić wszystkim. Że rodzina to coś najważniejszego. A nie jest tak? Oczywiście, rodzina wielodzietna ma swoją specyfikę. Rywalizacji między dziećmi nie da się uniknąć. O wszystko - o miłość, zainteresowanie rodziców. Do tego dochodziła przeszłość w domu dziecka. Jak przyszła do nas ta nasza piątka, dzieci potrafiły mierzyć kromki chleba, żeby sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie dostał większej. Do wszystkiego musieliśmy dojść. Bo widzicie, dzieci interesuje przede wszystkim to, żeby miał się kto o nie martwić. I sprawdzają nas, cały czas sprawdzają. Robią jakąś hecę i patrzą - dostaną za to w dupę czy nie. Ja nie byłam mamusią, która siedzi i głaszcze po głowie. Raczej krzykliwą babą, zresztą przy tak dużej rodzinie inaczej się nie dało. A jak było trzeba, to i czasem któreś ścierą dostało po łbie.

Ale widziałam, że dzieci trzeba przede wszystkim kochać i na wszelkie sposoby im to okazywać. Muszą czuć się kochane. To jest najważniejsze. Dwanaściorga dzieci nie weźmie się naraz na kolana i nie utuli. Ale na wszystko trzeba mieć czas, na wszystko jest sposób. Ja siadałam na krześle i wołałam jedno z moich dzieci. Brałam je na kolana i tuliłam, mówiłam na ucho - tak by inne nie słyszały - że to je kocham najbardziej. W tym czasie ustawiała się już kolejka dzieci. Wszystkie brałam po kolei, wszystkim mówiłam to samo. Jak Jasio wrócił z wojska i zobaczył, że wszyscy siadają, to i on usiadł. Teraz dzieci śmieją się ze mnie, że tak wszystkich potrafiłam oszukać, że każde czuło się tym najbardziej kochanym, wyjątkowym. Do każdego dziecka trzeba dotrzeć w inny sposób, trzeba znaleźć klucz, jak mu pomóc i jak je kochać. Jak przyszła do nas Patrycja, była łysa od ciągłego pocierania głową o wszystko, o co się dało. To ja wymyśliłam taki czerwony kapturek, który jej ciągle zakładałam. I kapturek się ścierał, a włoski rosły. Aż w końcu kapturek przestał być potrzebny... Wszystkie nasze dzieci traktowałam, jakbym to ja je urodziła. A jak jakieś młodsze pytało, jak to jest, że ich mamusia nie nosiła w brzuszku, mówiłam zawsze: 'Dorośli są lepsi i gorsi. Pan Bóg czasem obdarowuje ich dzieckiem. Ale kiedy widzi, że sobie nie radzą, szuka dla tego dziecka nowego domu'. One to wszystko rozumiały. Mówiłam moim dzieciom: 'Zawsze masz przed sobą dobrą drogę i złą. Jak pójdziesz dobrą, to będziesz dobrą matką, żoną itd.'. A mój mąż dodawał wtedy: 'Tak długo będę was kochał, dopóki będziecie matkami, żonami, ale żadna nie odda dziecka do domu dziecka'.

Żeby z wszystkim nadążyć, musiałam wiele rzeczy robić w nocy. Wtedy sprzątałam, gotowałam na następny dzień. Ten system został mi zresztą do dziś. Różne rzeczy robię nocami, a w dzień mam więcej wolnego. Kładłam się spać około trzeciej, a o szóstej trzeba było już wstawać, bo część dzieci miała na ósmą do szkoły i trzeba je było wyprawić - przygotować ubrania, dopilnować, żeby zjadły przed wyjściem i zabrały ze sobą drugie śniadania. Najmłodsze odwoziliśmy do przedszkola - tak na kilka godzin, do leżakowania. Musieliśmy na to przedszkole wygospodarować pieniądze w budżecie, ale doszliśmy do wniosku, że w ten sposób maluchy lepiej się rozwijają, no i mają kontakt z rówieśnikami. Ja w tym czasie mogłam wyjść na jakieś zebranie, obrobić papiery, pozałatwiać dziesiątki mniejszych i większych spraw. Zanim się obejrzałam, dzieci wracały ze szkoły. Trzeba było przygotować obiad, zorganizować odrabianie lekcji. Czas leciał szybko. Pewnie, że czasami miałam dość. Ale wiecie co? Miałam łatwiej, bo mam naprawdę wyjątkowego męża. Chyba już o tym wspominałam? Kiedy widział, że muszę odpocząć, pakował dzieci do naszego busa i ruszali na wyprawy, a ja miałam czas tylko dla siebie - żeby rozwiązać krzyżówkę czy po prostu posiedzieć.

Jak pojawiło się pierwsze dziecko, miałam ładne mieszkanie - 67 m w Brzeźnie (kilka lat temu przekazałam je Oli). Kiedy wzięliśmy piątkę dzieci, okazało się za małe. Przebiłam ścianę i połączyłam je z mieszkaniem Jasia (zostało mu po śmierci jego mamy). Ale nie było ustawne, mieliśmy tylko cztery pokoje. Dostaliśmy wtedy od miasta mieszkanie przy ul. Dworskiej i tam się przenieśliśmy. Ścianę zamurowałam, swoje mieszkanie wynajęłam, a to Jasia, który był w tym czasie w wojsku, stało puste i czekało na niego, a my je opłacaliśmy. Z tą Dworską to zrobił się niezły pasztet. Jak to często bywa, w opowieściach to mieszkanie było super-hiper, nic tylko wprowadzać się i mieszkać w komfortowych warunkach. Wcześniej był tam salon odnowy biologicznej. Miasto zaadaptowało go na mieszkanie, tylko jakoś tak niezbyt dokładnie. Ktoś zapomniał np. o podmurówce i - jak się szybko okazało - wykładzina leżała bezpośrednio na ziemi. Szybko zaatakowały nas szczury. Długo tam się mieszkać nie dało. Jedna z moich koleżanek, też prowadząca rodzinny dom dziecka, przechodziła na emeryturę i po niej przejęliśmy mieszkanie na Zaspie - 185 m kw., połączone trzy lokale. Tam już pozostaliśmy.

Finansowo nigdy nie było łatwo. Rodzinne domy dziecka dostają pieniądze na dzieci, ale to naprawdę jest mało i trzeba sobie radzić samemu. A samą miłością się nie żyje. Pieniądz musi być. Były okresy, kiedy wszystko się rwało. Siadaliśmy wtedy wieczorami z mężem i mówiliśmy sobie, że nie oddamy dzieci, choćby nie wiem co, najwyżej będziemy klientami MOPS-u. Teoretycznie na dziecko dostawaliśmy po 800 zł miesięcznie. Tyle że z tych pieniędzy trzeba było też opłacić mieszkanie, prąd, gaz. Po odjęciu tzw. kosztów stałych zostawało po ok. 300 zł. Uwierzcie - to tyle co nic. Kto sam wychowuje dzieci, ten wie. Latem kupowałam dzieciom buty na zimę, a zimą na lato. I nie za 700 zł, ale za 20-30. Wyprawki szkolne to zaczynałam już kompletować w styczniu. I jakoś szło.

Ciężko spełniać marzenia dwanaściorga dzieci. Każde śni o czymś innym. Zresztą starałam się nigdy nie kupować im tego samego. 'Po co ci taka sama piłka? - tłumaczyłam. - Jak na podwórku je kopiecie, nawet nie będziecie wiedzieli, która jest kogo'. Jak zbliżała się Gwiazdka, mówiłam wszystkim: 'Napisz Mikołajowi, czego pragniesz'. Wiadomo było, że tych marzeń nie spełnimy akurat na Gwiazdkę, ale przynajmniej wiedzieliśmy, na co warto zbierać pieniądze. I jak udało się uskładać, kupowaliśmy ich wymarzone prezenty. Zresztą czasami te listy wcale nie były potrzebne. Jak dziecko stało przed wystawą z roziskrzonym wzrokiem, to wiedziałam, że ono ten rower musi mieć. I robiliśmy wszystko, żeby miało. Zawsze uważałam, że trzeba z dziećmi gdzieś jeździć. Muszą poznawać świat, widzieć, jak gdzieś żyją ludzie. Jak za granicą zobaczą, że ojciec z kimś rozmawia, a one nie rozumieją o czym, to może chętniej same będą się uczyły obcego języka. No i zjeździliśmy z pół Europy - byliśmy w Skandynawii, Grecji, Egipcie, Rzymie, Berlinie, raz mąż z dwójką pojechał do Eurodisneylandu. Oczywiście rzadko wyjeżdżaliśmy gdzieś wszyscy razem - na to nas nie było stać. Ale odkładaliśmy cały rok pieniądze i zawsze przynajmniej część naszych dzieci mogła gdzieś wyjechać. Dzieci jeździły też na kolonie. Musiały na wakacjach trochę od nas odpocząć, a my od dzieci. Czasem udawało się załatwić takie promocje: jak się wykupiło kilka miejsc, to np. kolejne dwa dostawało się za darmo. Z czasem zaczęliśmy dużo podróżować po Polsce - zgodnie z zasadą 'cudze chwalicie, swego nie znacie'.

Nieporozumienia w domu, kłótnie? A pewnie, że były. Mówiłam już przecież, że to był normalny dom. Jak ktoś miał brata czy siostrę, to wie, o co chodzi. Jak mieli sobie dać po głowie, to sobie dali. Normalna sprawa. Wymyśliłam jednak sposób, żeby rozładowywać takie emocje. W kuchni postawiłam słoik, do którego każdy mógł wrzucać skargi i zażalenia. Na każdego. W sobotę otwieraliśmy słoik i sprawdzaliśmy, co nam się przez tydzień urodziło. Jak była jakaś wina, musiała być i kara. Dzieci same je wymyślały. Najczęściej były to pompki, przysiady. Ale czasami same dla siebie wymyślały ciężkie kary - np. przez tydzień nie wyjdę na dwór. Oj, co ja wtedy miałam. Ładny dzień, widzę, jak za oknem się dzieci bawią, a to moje siedzi w domu. Zwykle nie wytrzymywałam i skracałam taką karę. Mąż mi zawsze wtedy wypominał, że nie jestem konsekwentna. Kiedy ja to dobrze wiedziałam! Ale takie są matki.

Ja tak w ogóle to chyba jestem tolerancyjna. Jak moje dziewczyny kończyły 16 lat, załatwiałam im wizyty u pani ginekolog. Te sprawy zresztą nigdy nie były w naszym domu tabu. Mówiłam im: 'Jakby się zdarzyło, że zajdziesz w ciążę, chcę być pierwsza, która się o tym dowie. Nie wyrzucę z domu, nie każę ci usuwać, jakoś sobie poradzimy. Ale chcę wiedzieć'. I wiecie co... nigdy do takiej sytuacji nie doszło. Zdarzały się kłopoty, pewnie. A gdzie się nie zdarzają? Pamiętam, to było krótko po przeprowadzce na Zaspę. Chłopcy bawili się na podwórku. Nagle do mieszkania wpadają Łukasz z Genkiem. Łukasz chwyta kurczowo za klamkę i woła: 'Mamo, tylko nie wpuszczaj nikogo!'. I za nic nie chce powiedzieć, o co chodzi. W końcu wyciągam prawdę od Genka: 'Bo Łukasz wszedł na drzewo i nasikał Karolkowi - czyli koledze z podwórka - na berecik'. 'Matko Boska - myślę sobie - no to koniec, teraz na pewno mamy kolegium'. A Łukasz, widząc moją minę: 'Ale nie martw się, mamusiu, on szybko ten berecik wycisnął'. Do dziś nie wiem, co mu wtedy do tej małej główki strzeliło. Na szczęście sprawa rozeszła się po kościach. Ten Karolek nawet chyba nikomu nie opowiedział, co się stało.

Kiedy zapadła decyzja o emeryturze, musieliśmy opuścić mieszkanie na Zaspie. Postanowiliśmy przenieść się z trzema najmłodszymi synami do podgdańskiego Żukowa. Ale nadal tworzymy wielką rodzinę. Jest matka, ojciec, dzieci, wnuki. Jak wszędzie. I w naszym domu w Żukowie dalej jest jak w ulu - ciągle ktoś wpada, żeby porozmawiać, poradzić się. Dzieci mi nie brakuje, one wciąż są przy mnie. Wszystkie. Nawet jak akurat mieszkają daleko, jak Agnieszka, która od pewnego czasu jest w Anglii. A w mieszkaniu na Zaspie wciąż działa rodzinny dom dziecka. Prowadzi go teraz... nasza Ola. Ola skończyła pedagogikę. Ta decyzja długo w niej dojrzewała. W końcu podczas kolejnej wizyty w domu powiedziała mi o niej. Przyznam szczerze - nie byłam zadowolona. Człowiek dla swojego dziecka chce jak najlepiej, a to jednak wyczerpująca, ciężka praca. Nie wiadomo nigdy, jakie dzieci, które się dostanie, będą miały problemy. My z mężem mieliśmy ogromne szczęście, ale gdyby tak nie było? Dziś patrzę na to bardziej trzeźwo niż wtedy, gdy podejmowaliśmy decyzję o stworzeniu wielkiej rodziny. Byłam na Olę zła, że chce to zrobić, a mój mąż powiedział nawet wprost, że jest przeciw. Ola wtedy na to: 'Kiedyś, tato, coś od was dostałam. Teraz chciałabym zwrócić ten dług'. No i co tu dużo mówić - zamknęła nam gęby.

Źródło: Wysokie Obcasy

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 25 Maj 2009, 10:18 
Offline
zorga domowa
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Cze 2007, 14:57
Posty: 6661
Miejscowość: Wrocław
popatrz jak ta kobieta podejmowała decyzję - w wieku 35 lat: nie będę mieć dzieci; po kilku latach: zostaniemy we trójkę, to pewne

pomysł dużej rodziny dojrzewał latami, ale tak naprawdę, to nie była litość, kiedy brała kolejne dzieci, a jej powołanie, dlatego ona go po prostu odczytała i realizowała, gdy nadarzyła się okazja

dla mnie podejmowanie decyzji na całe życie musi się wiązać ze znajomością siebie
"egoistycznym" ja tego chcę, a nie altruistycznym (a więc niestety fałszywym i sentymentalnym) ja muszę, albo (gorzej ja powinnam)

+ odpowiedź pozytywna, czy aby na pewno chce tego partner

----------

to tyczy się też sytuacji wzięcia dziecka chorego albo także posiadania dużej ilości dzieci.
Kiedy biologicznie sytuacja sama tak się rozwija to trzeba się przystosować, nie ma siły, ale w innym wypadku odpowiedź musi być oparta na dokładnym zbadaniu - czego tak naprawdę ja chcę
(czyli szerzej, jakie jest moje powołanie, w czym jestem szczęśliwa)

co do RDD wiem, że różnie bywa. Myślę, że jedną z przyczyn niepowodzeń może być nieszczera odpowiedź wobec siebie. Złe odczytanie "powołania", wiara, ze zrobią to nie dla siebie, a dla altruistycznych pobudek.

_________________
Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 25 Maj 2009, 19:27 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
Ja znając siebie nie mogłabym prowadzić RDD, na to trzeba mieć duża siłę i umiejętnosc zycia w dużej grupie. Jestem jedynaczka i naleciałości jedynactwa mam, potrzebuje miec w ciagu dnia cisze i spokój i własny kąt, potrzebuje izolacji i o ile moje własne dzieci (mam nadzieję) to rozumieją, o tyle np. dzieci po róznych traumach itd... mogłyby to odbierac jako odrzucenie, a z kolei ja będąc na siłę przez długi czas z ludźmi- wymiękam.

Jesli chodzi o dzieci, to ja tez kiedyś myslałam, że nie będe ich mieć w ogóle (chociaż ja z założenia, a nie z powodów medycznych), a potem to sie zmieniło, człowiek dojrzewa, zmienia się i dzieciaki sa planowane...
Chociaz ja nie należe do ludzi, którzy uważają posiadanie dzieci za konieczność. Są rózne drogi w zyciu... gdybym nie spotkała mojego męza, bardzo prawdopodobne, że wybrałabym bezdzietność.

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 17 Sie 2009, 20:17 
Offline
nowicjusz domowy

Dołączenie: 31 Mar 2009, 16:58
Posty: 10
ala



--------------------------------------------------------------------------------

Ja jestem MA i uważam że niejest sztuką zabierac dzieci od MB ale im pomagać mamy z mężem 4 dzieci od jednej MB wogóle dziwnie mi tak oniej pisac ,pierwsze dziecko adoptowaliśmy dzieki przypadkowemu spotkaniu i jej dobrej woli oraz wierze ze jesteśmy dobrymi ludzmi po tej adopcji zastanawialam sie co ona czuje i ze chce sie znia spotkac sprawdzić czy wszystko w pozadku niestety niemoglismy jej odnalezdz az do dnia kiedy zadzwonila z pytaniem czy chcemy jeszcze jedno dziecko tym razem syna zgodzilismy sie i prosilismy ja okontakt z nami i z dzicmi bo widzimy co przezywa i jak jest jej ciezko niestety po adopcji malego znowu zniknela tym razem postanowilam ze nieodpuszcze odnajde ja i zrobie wszystko co moge zeby jej pomoc to byla mloda kobieta tak jak ja i wiedzialam ze strasznie cierpi udalo mi sie ja odnalezdz byla w kolejnej ciazy tym razem bliznieta byla zabiedzona i zaniedbana powiedzialam ze tak byc niemoze ze jest matka moich dzieci dala mi swoj najwekszy skarb i uszczesliwila nasza rodzine wiec chce jej sie jakos odwdzieczyc ,wkoncu zgodzila sie zamieszkala z nami maluchom powiedzialam ze to mama ktora nosila ich w brzuszku kilka miesiecy pozniej urodzily sie blizniaki niechciala ich zatrzymac mimo naszej pomocy powiedziala ze chce zmienic swoje zeycie a dzieci chce zeby zostały z rodzenstwem znami adoptowalismy kolejne maluchy Małgosia poszła na studia zaoczne mieszkala unas i miala kontakt z dziecmi pomoglismy znalezdz jej prace jej zycie wrocilo do rownowagi wyszla za maz i urodzila jeszcze 2 dzieci ona i jej mąż są naszymi najleprzymi przyjaciółmi spędzamy razem wszystkie świeta i urodziny dzieci ,wakacje oczywiście też ,razem z mężem jesteśmy chrzesnymi ich dzieci i maja nasze imiona . MB to takie kobiety jak MA a nawet wspanialsze bo oddają swoje skarby mimo cierpienia w sercu wiec pomagajcie im i utrzymujcie kontakty to jest potrzebne im i dziecia bo laczy ich wiez nierozerwalna ktorej MA nawet niepotrafi sobie wyobrazic
_________________
cuda się zdarzają wystarczy wieżyc :)


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 17 Sie 2009, 22:34 
Offline
epikurejka w rozpaczy
Awatar użytkownika

Dołączenie: 16 Cze 2007, 11:46
Posty: 6145
Miejscowość: Tychy
niesamowita ta historia

_________________
Wronka/02/Misiek /98/ Wojtek/91/Jano/89/ Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 18 Sie 2009, 02:22 
Offline
samurajka

Dołączenie: 04 Lip 2007, 23:53
Posty: 7107
niesamowita i piekna i co by tu gadać, takie historie chciałabym słyszeć na co dzień

_________________
...sens w ogóle nie wchodzi w grę.Ja nie mam sensu, Ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu.
Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet- niestety- sens nie ma sensu…


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 27 Paź 2009, 11:28 
Offline
nowicjusz domowy

Dołączenie: 15 Paź 2009, 11:26
Posty: 5
Marzymy o dziecku.Bardzo
Jeśli czyta to mama biologiczna,która z jakichs powodów nie może wychowywać swojego dziecka może zobaczy naszą stronę: http://kasiaimarek.zafriko.pl/
Może pomożemy sobie nawzajem.Może ktoś zna taką mamę
GG 3136783
Dziękujemy


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 27 Paź 2009, 19:59 
Offline
epikurejka w rozpaczy
Awatar użytkownika

Dołączenie: 16 Cze 2007, 11:46
Posty: 6145
Miejscowość: Tychy
hm a teraz ja mam wątpliwości katarzynko po zobaczeniu twojej strony.......nic poza kontaktem i łapaniem za serce. Mam nadzieję, że nie chodzi o nadużycia W takich wypadkach o jakim piszesz może być tylko owa o adopcji ze wskazaniem.
Co ja mówię piszesz . Ogłaszasz się tylko. To za mało.

_________________
Wronka/02/Misiek /98/ Wojtek/91/Jano/89/ Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 02 Lis 2009, 20:56 
Offline
nowicjusz domowy

Dołączenie: 15 Paź 2009, 11:26
Posty: 5
Oczywiście,że nie ma mowy o nadużyciu i właśnie o adopcję ze wskazniem nam chodzi.Chodzi o to,by pomóc mamie,która sama nie może wychować maluszka,a ona żeby mogła w ten sposób pomóc nam.Czy to nie wspaniałe?A przy tym dziecko szczęśliwe.Dlaczego zawsze znajdzie się ktoś,kto dopatruje się we wszystkim jakichś nieczystych interesów?
Sa przecież ludzie,którzy sa uczciwi,szlachetni.
My po prostu pragniemy dziecka.To takie normalne pragnienie


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
PostWysłany: 02 Lis 2009, 23:30 
Offline
epikurejka w rozpaczy
Awatar użytkownika

Dołączenie: 16 Cze 2007, 11:46
Posty: 6145
Miejscowość: Tychy
Tak , to normalne. I normalne obawy w tym brutalnym świecie bez skrupułów. Coraz trudniej tak po prostu ufać , do tego przez Internet...smutne ale prawdziwe.

_________________
Wronka/02/Misiek /98/ Wojtek/91/Jano/89/ Image


Góra
 Profil Wyślij prywatną wiadomość  
Odpowiedz z cytatem  
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 53 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Skocz do:  
cron
Twoja Podręczna Księgarnia

wielodzietni w biznesie

Nasza Islandia

Doula Gosia Borecka

Okno na dobrą stronę świata


wielodzietni.net na Facebooku

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group |
Ten serwis stosuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystanie.
» Akceptuję wykorzystywanie plików cookies w serwisie www.wielodzietni.net.